Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien

środa, 18 maja 2016

Brat poleca - Wilczuś

Najłatwiej oczywiście pisze się o książkach, które zachwyciły. Nas wszystkich. Albo przynajmniej mnie... O tych, które nie, z reguły nie piszę, bo tak. Najtrudniej pisze mi się o książkach, które mnie nie urzekają, za to chłopaków owszem. Bo co napisać? Ich zdolności recenzenckie i ochota współpracy kończą się zwykle na zdaniu "nooo, bo fajne jest".

Tak też jest z książkami o Wilczusiu. Chłopaków wciągnęły, mnie nie za bardzo. Dziwna już jest sama formuła ksiązki - zbiór listów Wilczusia do rodziców, w których opisuje swoje przygody. Choć przyznam, czasem fajnie buduje napięcie pomiędzy "rozdziałami". Prawdopodobnie fajna do samodzielnego czytania (krótkie rozdziały okraszone rysunkami nawiązującymi do tekstu i kleksami - jak to w listach), z drugiej strony fabuła wciągająca raczej Brata niż Staśka, więc o samodzielnym czytaniu raczej nie ma mowy.

Mały Wilk zostaje wysłany sam do szkoły swego stryja, aby nauczyć się być Naprawdę Złym Wilkiem. Do Szkoły Złości i Chytrości. Najpierw musi sam tam dojść, a to kawał od domu. Cały czas pisze listy do rodziców (choć nie zostaje chyba wyjaśniona tajemnica ich doręczenia). Potem okazuje się, że w szkole nie jest tak fajnie, jak miało być, że właściwie dziwny, dość zdegenerowany stryj właściwie nie prowadzi już żadnej szkoły. Mimo to Wilczuś stara się jak może zostać Bardzo Złym Wilkiem. Tyle, że bardziej podobają mu się zabawy drużyny zuchów spotkanych w ciemnym lesie, niż ciemne sprawki stryja...



W końcu Złego Stryja spotyka kiepski koniec (aczkolwiek malowniczy, trzeba przyznać), a Wilczuś postanawia nie wracać jednak do rodziny (być może czuje, że jednak do niej nie pasuje jakby), tylko założyć własną szkołę, tym razem Akademię Poszukiwaczy Przygód. Rodzice natychmiast podsyłają mu młodszego brata do tejże i przygody mogą się toczyć dalej.



Przeczytaliśmy wieczorami obie części, które Brat dostał. Stasiek też słuchał i nie chciał odpuszczać odcinków, ale tak na prawdę fabuła ekscytująca jest dla młodszaków. Czytanie listów na głos jest nieco ...inne. Ale może być. Może dzięki tłumaczeniu, którego autorem jest Ernest Bryll. Za ilustracje odpowiedzialny jest Tony Ross, już nawet rozpoznawany przez chłopaków.
Właśnie pojawiła się kolejna część przygód Wilczusia, ale moja informacja na ten temat nie znalazła oddźwięku w natychmiastowej żądzy posiadania. Nie naciskam.

Ian Whybrow
Księga straszliwej niegrzeczności, napisał Wilczuś z wielkiej złości
Małego Wilczka księga Wilkoczynów

ilustrował Tony Ross
tłumaczył Ernest Bryll,
wyd. Poradnia K. 2015

oprawa miękkotwarda?
tekst > ilustracje

3 komentarze:

  1. Daaawno temu, osobisty mąż dostał "Księgę straszliwej niegrzeczności" ;)
    (ode mnie)
    Wyciągnęłam ją kiedyś przy kilkulatku (ówczesnym), ale jakoś nie chwyciła... Mnie też nie szło czytanie na głos. Teraz widzę, że jest nowe wydanie. Muszę poszukać... Może młodsza siostra się skusi?

    OdpowiedzUsuń
  2. "O tych, które nie, z reguły nie piszę, bo tak."
    A dlaczego "bo tak"? Lubie blogi zawierajace rozne recenzje, nie tylko te pozytywne. Jakos zyskuja wtedy na wiarygodnosci. A tak, kiedy sam lukier kapie, to czlowiek sie zastanawia "czy naprawde wszystkie te pozycje sa takie super?". Ilez rozczarowan moznaby zaoszczedzic, gdyby czlowiek natrafil chociaz raz na szczera recenzje ksiazki, ktora wszyscy sie zachwycaja, a w praniu wychodzi co innego.
    Zreszta kazda recenzja jest subiektywnym zdaniem autora, a to ze jemu sie cos nie podoba, nie znaczy ze nie spodobaloby sie czytelnikowi. Czasami cos mnie ciagnie, zeby przeczytac ksiazke, ktora ma zle recenzje. Gdyby ktos napisal np. "W tej ksiazce nie ma zadnej akcji, nic sie nie dzieje, tylko jakies psychologiczne rozkminy glownej bohaterki", to mimo ze recenzja jest negatywna, mnie by zachecila. Dlatego zachecam do pisania rowniez o ksiazkach, ktore nie zachwycily.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Bo tak" odnosi się głównie do czasu, czy też niedoczasu. Brakuje mi go, żeby opisać to co nam się podoba. Zwyczajnie szkoda mi go na wtopy. "Bo tak" ma tez dużo wspólnego z tytułem bloga - z założenia chciałam pisać o tym, co nas zachwyciło, zwłaszcza chłopaków. Choć, jak dobrze poszukać, kilka razy tak mnie ruszyło, że napisałam i o książkach nietrafionych. Poza tym coraz częściej się zdarza, że moje gusta rozjeżdżają się z gustami chłopaków (jak w tym przypadku zresztą), ale pisze o takich książkach z kronikarskiego obowiązku poniekąd, starając się dociec, co jest w nich takiego, że im się podoba. Sam/sama piszesz, że "każda recenzja jest subiektywnym zdaniem autora, a to ze jemu się coś nie podoba, nie znaczy ze nie spodobałoby się czytelnikowi". Jest również odwrotnie - z tego samego względu, to co podoba się nam, nie musi spodobać się innym. Takie ryzyko :)

      Usuń