Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien

sobota, 23 września 2017

Amulet

Komiksy. Chyba już nas zdobyły bez reszty. Chłopcy czytają / oglądają przynajmniej po jednym dziennie. Ja węszę wciąż za nowymi. Zbiory się powiększają niepokojąco. Pozornie tylko zajmują mniej miejsca niż książki, bo zwykle występują stadami.
Pozostawiam chłopakom na później i na samodzielne odkrywanie klasyczne marvelowe czy DCkomiksowe serie o superbohaterach, poszukuję innych.

Znalazłam Amulet i muszę przyznać, że od dawna żaden komiks nie zrobił na mnie takiego wrażenia.

Amulet jest komiksem dla dzieci. W zasadzie jest to fantasy urozmaicone przyjemnymi elementami coś jakby steampunku. W skrócie: elfy i robotyczny królik. Fabuła mieści się w schemacie: dramatyczne wydarzenie zmieniające życie bohaterów (mama z dwójką dzieci), spowodowana nim przeprowadzka, oczywiście do starej rodzinnej rezydencji. Odkrycie tajemnicy domu, przejście do magicznej krainy, misja, przepowiednia, drużyna, przygody. Standard. Trochę Narni, trochę Władcy P., trochę  Gwiezdnych Wojen, trochę Ruchomego Zamku Hauru.



Jednak ta standardowa i w pewnym stopniu przewidywalna mieszanka podana została tak, że nie można się oderwać. I nie mówię o dzieciach, ale o sobie.
To, że komiks jest dla dzieci, nie oznacza wcale, że jest słodko-tęczowo i infantylnie. Wręcz przeciwnie. Napięcie rośnie, bywa ciemno, posępnie, ponuro, nawet groźnie. Niektóre z postaci wcale nie są sympatyczne.

W pierwszym tomie mamy zawiązanie akcji, pozostawiające duży niedosyt. Nie róbcie tego swoim bliskim i zadbajcie o to, alby tom drugi był zawczasu pod ręką. Tam akcja się zagęszcza, przyspiesza, pędzi. Misja zostaje wykonana i ...okazuje się, że to dopiero początek.



Nie mniej od treści wciągająca jest forma. Dawno nie miałam w rękach komiksu tak ładnego. Świetne zestawienia kreskówkowo rysowanych, pogodnie kolorowych postaci z niezwykłymi tłami, w których pobrzmiewa echo Studia Ghibli. Bardzo przyjemnie się na to patrzy.



Powodzenie przygód w tej opowieści zależy od współpracy i wzajemnej pomocy, często podkreślana jest siła i waga więzów rodzinnych. Pojawia się pokusa, żeby zostać solowym superbohaterem, ale czytelnik od początku przeczuwa, że to nie prowadzi do niczego dobrego. Ze starcia sił dobra i zła zwycięsko może wyjść tylko drużyna, tylko rodzina trzymająca się razem. Niby tak jest w każdej tego typu historii, ale jednak tu jakby częściej jest to podkreślane.

A Sapkowski miał rację. Elfy są ZŁE.


Kazu Kibuishi
Amulet
Księga pierwsza: Strażniczka
Księga druga: Klątwa Strażniczki
tłumaczenie Maria Lengren
wyd. Planeta komiksów 2016, 2017
oprawa miękka
komiks

środa, 20 września 2017

Pies, który siedział na krześle

Bziki.
Ludzie mają swoje bziki. Każdy chyba je ma. Całkiem zwariowane albo całkiem poważne. Można mieć kilka bzików na raz. Zupełnie różnych, nie wiążących się ze sobą. Serię bzików pokrewnych też można mieć. Można zajmować się nimi w wyznaczonych porach i dniach tygodnia. Można znienacka oddać się bzikowi. Można po kolei, można wszystkimi na raz.

Kiedy bzikiem są psy, ilustracja i design, można stworzyć książkę.

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym przypadkowo usiadłam na psie. 

Na szczęście pies był mój. 

Cristina Amodeo stworzyła książkę, w której dowodzi, że każde z dizajnerskich krzeseł czy foteli, jakie wymyślono na przestrzeni ostatnich blisko stu lat, ma swój odpowiednik w naturze. A konkretnie w ...psach. Ewentualnie dowodzi, że każdej psiej rasie można przyporządkować jedno z dizajnerskich krzeseł.
Ilustracje są zaskakujące, zabawne, zastanawiające.


Dodatkowy urok książki polega na tym, że autorka stworzyła swe obrazy przy użyciu papierowych kolaży. Zaglądając na jej stronę możemy się przekonać, że w ten sposób tworzy właściwie wszystkie swoje ilustracje do książek, nie tylko dla dzieci.

Cała książka jest  bardzo przyjemna, ładna, elegancka, aż chciałoby się powiedzieć dizajnerska... Od poręcznego formatu, przez przyjemnie matowy papier, stonowane kolory, aż do tłoczonego buldoga na okładce. 
Książka - przyjemność.

Na końcu garść konkretów na temat przedstawionych w książce krzeseł. I psów.


Książka dla zbzikowanych. Koneserów. Książkolubów. Kynologów.

Małgosi dziękuję za wyszukanie i prezent niespodziankę!








Dogs and Chairs Designer Pairs
Cristina Amodeo
wyd. Thames&Hudson 2015
oprawa miękka
książka obrazkowa

niedziela, 17 września 2017

Szkolna miłość (po szwedzku)

Gdzieś pomiędzy seriami, w poszukiwaniu "książki, którą da się czytać" (chyba stworzę taką kategorię...) Stasiek na półce wygrzebał maleńką książeczkę z charakterystycznym rysunkiem na okładce. Przyznam, że kupiłam ją właśnie dla ilustracji, uznałam, że skoro stworzyła je Pija Lindenbaum to z tekstem też nie może być najgorzej. I rzeczywiście.



Zakochałem się w Milenie jest króciutką malutką książką z nurtu szwedzkich obyczajowych książek o dzieciakach w szkole. Autorem jest Per Nilsson. Podtytuł określa zarówno objętość, jak i tematykę: Opowieść o chłopcu, który chce zostać zauważony przez pewną dziewczynę. 

Zakochałem się w Milenie.
Milena chodzi do mojej klasy. jej oczy to dwa czarne słońca. Jednak te oczy mnie nie widzą. Nie istnieję dla niej.
A tego właśnie pragnę najbardziej na świecie: żeby Milena mnie zauważyła.

To Dawid. Naprawdę bardzo chciałby, żeby Milena go zauważyła. Najlepiej jak najszybciej, może być do końca tygodnia. Więc co dzień próbuje zwrócić na siebie uwagę, co dzień podejmuje nową próbę, nową metodę. Rozśmieszyć. Zaimponować wiedzą. Złym zachowaniem. Dobrym i miłym zachowaniem. Prezentem. Poczęstunkiem. Obrazić (!). Cokolwiek, byleby wreszcie zostać zauważonym przez NIĄ!
Nie muszę pisać, że plany biorą po kolei w łeb, a w większości przypadków Dawid robi z siebie w oczach kolegów przynajmniej głupka, naraża się im, nauczycielom, mamie, no w ogóle nic nie idzie tak, jak powinno.
I nie muszę pisać, że w końcu wszystko się układa.


Temat przewodni jeszcze nie pojawił się w naszym życiu szkolnym na tapecie (przynajmniej ja o tym nic nie wiem...), jednak Stasiek przeczytał i również zakwalifikował pozytywnie tę książkę. Bliska jest ona wszak i przygodom Tsatsikiego (który również przeżywa w którymś tomie pierwsze rozterki związane z dziewczynami i pierwsze pocałunki), i Ulfa (który póki co, chodzi z chłopakami oglądać nagie biusty pielęgniarek i hipnotyzuje koleżankę, żeby go pocałowała). I jak to zwykle u Szwedów wszystko jest opisane w najnaturalniejszy na świecie sposób. Nie twierdzę, że takie krótkie opowiadanie może jakoś bardzo pomóc w krytycznych sytuacjach, ale... W sumie dużo przyjemniej i bezpieczniej poczytać i wyciągnąć wnioski, niż samemu eksperymentować na trudnej drodze kontaktów damsko-męskich.

O! I dziewczyny też powinny przeczytać. Może wtedy zrozumieją niektóre z kompletnie bezsensownych zachowań swoich kolegów. Może zauważą...



Zakochałem się w Milenie
tekst Per Nilsson
tłumaczenie Marta Rey-Radlińska
ilustracje Pija Lindenbaum
wyd. Zakamarki 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje

czwartek, 14 września 2017

Bingo!

Wakacje za nami, ze skomplikowanej układanki pt. 10 tygodni wolnego vs 26 dni urlopu wyszliśmy zwycięsko. Wszystko się udało, widzieliśmy fajne i ciekawe miejsca, zupełnie nowe i kilka starych, przeczytaliśmy kilka książek (jednak, w sumie, wszyscy), przejechaliśmy ...set kilometrów. I to  z samochodem wiąże się jedno z naszych wakacyjnych wspomnień. Podróżne Bingo!

Pomysł tak prosty, że aż dziw bierze, że wcześniej na to nie wpadliśmy. Znalazłam kiedyś w sklepie będącym skarbnicą fantastycznych, zabawnych, na ogół zupełnie niepotrzebnych lub niebywale praktycznych drobiazgów. Kupiłam w jakimś głębokim grudniu czy lutym i na szczęście przypomniałam sobie przed wyjazdem na wakacje. Czekało nas kilka godzin w samochodzie, codziennie po trochu, bo wakacje miały być objazdowe. W takich sytuacjach pojawia się problem, czym się zająć w podróży. Komiksy, książki, audiobooki, "activity books" z zadaniami - jasne. Ale zawsze fajnie mieć coś nowego. Bingo było jak strzał w 10, jak ... Bingo!

Myślałam, że albo będę grała głównie z Bratem, ewentualnie chłopcy pograją sami. Tymczasem najbardziej zapalonym graczem okazał się Stasiek, a tata nie grał tylko dlatego, że prowadził. Chociaż... mam wrażenie, że nieco naginał trasę dla naszych potrzeb, zwalniał znacząco w niektórych miejscach, żebyśmy dobrze się bawili.

Bo Bingo!, o którym mowa, jest obrazkowe. Proste w swojej formie i formule niebywale. Oto na kartach mamy obrazki różnych rzeczy, które podczas podróży możemy zobaczyć za oknem: kwiat, drzewo, krowę, zegar, latarnię, znak drogowy, hydrant. Musimy zobaczyć wszystko, co mamy na karcie, albo umówić się, że skreślamy tylko pasek, pionowy lub poziomy. Możemy sobie ułatwiać zadania (i zaliczyć słuchawki Staśka), albo utrudniać (wymagając żeby rzeczy były zobaczone poza samochodem, miały dokładnie ten sam kolor, co na obrazku itd.). Trzeba wykazać się spostrzegawczością, ale i pomysłowością. Prosta, ale zaskakująco dobra zabawa. Zdarzało się, że któreś z nas krzyczało Bingo! na długo po tym, jak wysiedliśmy z samochodu, kiedy wreszcie, w centrum Lublina, zobaczyło faceta z walizką...



Polecamy wszystkim podróżnikom. W sezonie letnim, bo chyba jednak trochę łatwiej. Ale właściwie można narysować własne karty, jak te w zestawie już się nam znudzą. Można też wyobrazić sobie Bingo! tematyczne, zależnie od kraju/regionu, w jaki się wybieramy... Bo regiony mają swoje cechy charakterystyczne. My dowiedzieliśmy się, że np. w lubelskim bardzo trudno o zakaz jazdy dla rowerów, za to w mazowieckim było dużo prościej...

W zestawie jest 6 różnych kart i dwa pisaki z gąbeczką do mazania.




poniedziałek, 11 września 2017

Da się czytać

Serce me krwawi, gdy słyszę "Nie lubię czytać!". Krwawi podwójnie, gdy to samo twierdzi 10-cio i 7-latek. Jeden niby już rozczytany, drugi torujący sobie jeszcze z trudem drogę w gąszczu liter. Jego jeszcze można zrozumieć. Obaj otoczeni książkami od kołyski, widzący czytających rodziców, siaty nowych książek, kolejne dostawiane półki. Krwawi to serce trochę serio, a trochę tak sobie, bo jednak komiksy pochłaniają obaj bez przerwy, audiobooki chłoną uszami, sami ciągną do księgarni (właściwie, nie wiadomo po co w takiej sytuacji niby...). Nad głową mam transparent z napisem "Cierpliwości" (przydaje się zresztą nie tylko w tym temacie). Wierzę święcie, że przed czytaniem nie uciekną, nie mają szans. Czekam, "aż zaskoczy". Kiedyś w końcu. Na pewno.

Bo jednak są takie momenty, że da się czytać. Są takie książki, które da się czytać. W przypadku Staśka, bo Brata czytanie jeszcze kosztuje zbyt dużo wysiłku. Ja podstępnie oczywiście podsuwam, podkładam, nęcę, targuję się nawet. Na wabia wyszukuję pierwsze tomy serii, bo serie prawem serii łatwiej wchodzą. I czasem się udaje. 

Oto więc książki, które da się czytać (zdaniem  tuż-tuż 10-latka).

Po pierwsze więc, z kronikarskiego obowiązku Najfutbolniejsi, o których już było. Aczkolwiek... okazuje się, że przy zbyt długiej serii zapał może zdechnąć pod własnym ciężarem. Ostatni tom, chyba już 7, wchodził opornie i w momentach największej wakacyjnej nudy, prawie z poczucia obowiązku. Dopytywań o kolejny tom - brak.

Kolejne, co dało się czytać - ku mojej wielkiej radości, bo też bardzo lubię - to seria o Tsatsikim. Pożyczając od tych samych kuzyneczek, którym ja kupowałam kolejne części na kolejne urodziny onegdaj, Stasiek pochłonął całość i jeszcze na deser, chyłkiem (kolejny raz - prezent urodzinowy kuzynki... taka tradycja) najnowszą, niespodziewaną zupełnie część, która wyszła jakoś tuż przed wakacjami - Tsatsiki i Per.

foto: Zakamarki






Tsatsiki... (6 tytułów)
Moni Nilsson
ilustracje Pija Lindenbaum
wyd. Zakamarki 2017
oprawa twarda
tekst > ilustracje



Następnie padł warunek: "No dobra, mogę przeczytać, ale żeby było takie jak Tsatsiki". Taa... Klucz skandynawski zadziałał, przeczytane zostały Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego i zaraz ich druga część Mój przyjaciel szejk w Stureby. Okazało się, że Ulf Stark pisze tak samo świetnie dla Starszaków, jak i dla Mniejszych, wszak to jego książki były jednymi z naszych pierwszych. Z nadzieją czekamy na więcej, wydawnictwo napisało, że to ma być trylogia.
Zdecydowanie szkolne przygody "zwykłych" chłopaków, choć czasami mrożące krew w żyłach matek i budzące w nich grozę (myślę, że w młodszych czytelnikach jednak trochę też...), są tym, co najbardziej daje się czytać.




Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego 
Mój przyjaciel szejk w Stureby
Ulf Stark
wyd. Zakamarki 2014, 2015
oprawa twarda
książka do czytania


Klucz szkolno-komiksowy podsunął mi do podsunięcia Staśkowi Jędrka. Seria Hej, Jędrek! na równi jest pisana przez Rafała Skarżyckiego i rysowana przez Tomasza Lwa Leśniaka. Obaj autorzy tworzą jeden z ulubionych naszych komiksów o Tymku i Mistrzu. I tu tekst uzupełnia duża dawka komiksów.












Narracja pierwszoosobowa. Bohaterowie - 10 lat. Miejsce akcji - szkoła. Dużo szkoły, dużo kumplowskich relacji, relacji rodzinnych, rozwiązywania mniejszych lub większych problemów z tych "życiowych". Język współczesny, być może nawet szkolny również (jakoś nie siedzę w temacie). W tle jakieś zagadki mniej lub bardziej kryminalne rozwiązywane przez bohaterów mniej lub bardziej mimochodem. Choć jakoś tam wiążą akcję, to na szczęście (dla nas - ani ja, ani Stasiek nie jesteśmy miłośnikami kryminałów) nie stanowią głównego tematu w kolejnych tomach. A tomów pokazało się już 5, ostatni w trybie pilnym, tuż po wydaniu musieliśmy zamawiać paczką na wakacje. Został pochłonięty przez 2 dni. Aż dwa, bo jednak w wakacje ciekawie się działo i nie było zbyt dużo czasu na czytanie. A na okładce zapowiedź kolejnego tomu.
Produkt całkowicie polski.

Hej, Jędrek! (5 tytułów)
tekst Rafał Skarżycki
ilustracje Tomasz Lew Leśniak
wyd. Nasza Księgarnia
oprawa miękka
tekst > ilustracje + komiks




I to tyle w pierwszym odcinku o książkach, które da się czytać. Mam nadzieję, że powstaną następne, że znajdziemy więcej takich, które da się czytać. Czytać samodzielnie i z chęcią.






niedziela, 21 maja 2017

Książka na maj. Bozie.


Maj. Sezon komunijny w pełni. Nasz osobisty w wersji A za nami, wersja B daleko przed nami (przynajmniej tak mi się wydaje). W tym roku jednak sezon na Zośki, którym matkuję. Zresztą nie tylko Zośki. Nie byłabym "ciotką od książek" gdybym oprócz wymarzonych zamówionych prezentów nie wcisnęła swoich trzech groszy, czyli książki. Nie miałam, przyznam tyle odwagi, żeby, tak jak Staśkowi, podarować wielką wersję komiks-Biblii (o której swoją drogą od roku nie napisałam ni słowa). Ale miałam tyle tupetu za to, żeby wszystkim tegorocznym Przystępującym podarować Bozie.

Świetna książka Karoliny Oponowicz. Książka Odpowiadająca na Pytania. Pytania z tych najważniejszych, ale też najbardziej kłopotliwych. Pytaniach o rzeczy, zjawiska, o których - mam wrażenie - niewielu z nas umie, czy wręcz chce opowiadać. Albo, jeśli radzi sobie jeszcze jako tako w temacie własnej wiary i religii, często gubi się na zakrętach innych wyznań. Z pomocą przychodzi książka (jak zawsze):
Zebrałam od znajomych dzieci jeszcze więcej pytań związanych z religią, Bogiem, Kościołami, a potem poszłam do duchownych sześciu wyznań. Diakon Małgorzata, imam Janusz, ksiądz Artur, lama Rinczen, ojciec Max i rabin Stas podczas naszych rozmów często szeroko otwierali oczy ze zdumienia. Ale odpowiadali z wielką cierpliwością i otwartością.
Tyle sama autorka.

Pytani przez nią duchowni na samym początku przedstawiają się, opowiadają skąd są i kim są, oprócz tego, że pełnią posługę w takim czy innym kościele. Dzięki temu w książce zebrane zostały opowieści, nie definicje. Bardzo dobrze się je czyta, a za każdą odpowiedzią-opowieścią stoi konkretny człowiek. Są ciepłe i pełne uwagi. Poważne. I proste, na ile mogą być prostymi odpowiedzi o wierze. 

















Książka to także bardzo dobrze zilustrowana przez Joannę Rzezak. Nieco w stylu mizielińskim (proszę, jesteśmy świadkami tworzenia się nowych stylów ilustracyjnych). Nie jest to bynajmniej zarzut, książkę na prawdę dobrze się ogląda. A zabieg z zastosowaniem kodu kolorystycznego do poszczególnych wyznań pomysłowy i bardzo wygodny.

Książka dla wszystkich: katolików, buddystów, protestantów, prawosławnych, żydów i muzułmanów. I tych, którzy są gdzieś obok, pomiędzy, trzymają się z daleka, szukają, obserwują zza rogu. Dla tych, którzy mają dzieci i wcale niekoniecznie.
Idealny prezent na Okazje.






Bozie
Karolina Oponowicz
ilustrowała Joanna Rzezak
wyd. Agora 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje






piątek, 19 maja 2017

Przemyślenia elektronicznego jaskiniowca.

Funkcjonuje u nas pojęcie cisza elektroniczna. Cisza elektroniczna zwykle zapada, gdy mimo obecności większej grupy dzieci - z definicji hałaśliwej i ruchliwej - nagle zapada niebywały spokój i cisza. Zwykle okazuje się, że dzieci wcale nie oddaliły się na odległość tłumiącą dźwięki, ale że przynajmniej jedno z dzieci ma przy sobie telefon/tablet/komputer, a reszta wisi nad nim w skupieniu. Ewentualnie wszyscy siedzą, każde ze swoją elektroniką. Takie czasy.

Cisza elektroniczna ma swoje zalety. Wiadomo, gdzie dziecko jest, że się nie poci, nie brudzi, nie objada słodyczami, nie ulega wypadkom i uszkodzeniom mechanicznym. Rodzic tymczasem, skołatany, zmęczony lub obolały (fizycznie lub duchowo) może również oddać się ciszy. Również nierzadko elektronicznej. Takie czasy.

Oczywiście wymienione powyżej postawy są godne potępienia i napiętnowania. Karygodne po prostu. ...niech pierwszy rzuci kamieniem.

Jednakowoż książki powinny promować postawy pożądane, a potępiać godne potępienia. Coraz częściej pojawiają się więc książki walczące z ciszą elektroniczną. Czy to dziecięcą, czy rodzicielską (patrz choćby Tata pingwin). Oczywiście książki same w sobie są konkurencją dla elektroniki, jednak czując czasem, że tracą pole, podejmują temat wprost (aczkolwiek to dyskusyjna taktyka - czy zajmować się pouczaniem, czy może lepiej podjąć inny temat, atrakcyjny na tyle, żeby sam odciągnął od wrażej elektroniki).

W ten nurt wpisuje się również historia Teka, nowoczesnego jaskiniowca. Choć jakby tak przewrotnie jednak.



Opowieść jak najbardziej w temacie: w prehistorycznej jaskini, w prehistorycznej rodzinie panuje również cisza elektroniczna. Choć koło i ogień jeszcze nie wynalezione, elektroniczne gadżety i internet jak najbardziej. Mały jaskiniowiec oddaje się im wiec bez reszty, zaniedbując rodziców, zabawy z kolegami i przebywanie na świeżym powietrzu. Wszystkim dookoła jest oczywiście z tego powodu smutno, źle i niedobrze.



Szczęśliwie następuje w końcu wielki wybuch, połączenie słabnie, zasięg znika, a mały jaskiniowiec zostaje uratowany i przywrócony na łono rodziny, przyjaciół, społeczeństwa i natury.


Opowiastka prosta i niosąca oczekiwane przesłanie. Humor i żart - obecne. Jaskiniowcy, dinozaury, mamut i ptak dodo w jednym worku... ok tym razem nie chodzi o naukę teorii ewolucji czy (pre)historii. Dlaczego więc książka ta budzi zainteresowanie, choć treść jest dość przewidywalna? Dlaczego wcześniej napisałam, że książka nieco przewrotnie naucza, że elektroniczne gadżety to nie wszystko?

Odpowiedź tkwi w formie. Tek to zabawa formą książki. Czarna, lakierowana okładka z kolorowym okienkiem. Charakterystyczne ikonki w narożnikach i niby guziczek na dolnym marginesie. Książka- tablet. Ni mniej, ni więcej. Efekt wow gwarantowany i wyrywanie sobie z rąk, nawet, jeśli jest się aż 9-letnim jaskiniowcem momentami uzależnionym od danych komórkowych.
Na pewno więc atrakcyjna. Zabawna. Potrafiąca zaciekawić. Inna. Choć raczej dla młodszych, bo moi jaskiniowcy powrócili wkrótce do swoich komórek i tabletów. I do innych książek na szczęście też. A może jednak wybiegli na podwórko?

Lubię książki bawiące czymś więcej, niż samą treścią (choć nie muszą). Nowoczesna forma Teka obudziła pytania. Czy taka forma ma wskazać, że książki są równie atrakcyjne jak tablety? Ale żeby to udowodnić, książka musi podszyć się pod elektronikę ...to trochę naciągane. A może chodzi o podstęp? Żeby tak podsunąć dziecku książkę, zamiast tabletu, żeby nie zauważyło różnicy?
Z drugiej strony książki są - bywają - tabletami. Książki są kindlami. Czy to je jakoś dyskredytuje? Czy książka przeczytana z ekranu, a nie z papieru, przestaje być książką? Czy "czytanie przez uszy", czytanie przez słuchanie, jest gorszym czytaniem? O co chodzi? O czynność, wysiłek, trud, czy o treść, zawartość, przyjemność z poznawania nowych światów?

Taka prosta książka dla dzieci, a popłynęłam na szerokie wody pseudoprzemyśleń. Pora przerwać elektroniczną ciszę rodzicielską i wyjść na podwórko.



Patrick McDonnell napisał też o dziewczynce, która stała się Jane Goodall.



TEK nowoczesny jaskiniowiec
Patrick McDonnell
tłumaczenie Grażyna Chamielec
wyd. Kinderkulka 2017
oprawa twarda
obrazki = tekst



Dziękuję wydawnictwu za książkę.

wtorek, 16 maja 2017

Mitologia nordycka

Lubię mity, mitologie. Staram się chłopakom podkładać tu i ówdzie, bo wszak na mitach stoi cała kultura. Jednak nie każde mity, czy mitologie daje się czytać czy słuchać. Zwłaszcza, jeśli zarys historii znamy, a kolejna odsłona nie potrafi porwać nas na nowo. Warto więc szukać mitologii dobrze napisanych.

Przypadkiem trafiłam na Mitologię nordycką napisaną (na nowo? po raz kolejny?) przez Neila Gaimana i nie wahałam się długo. Zwłaszcza, że biegłości w posługiwaniu się północnymi opowieściami dowiódł już w historii o Oddzie i lodowych Olbrzymach, którą bardzo polubiliśmy. Postanowiłam nadrobić zaległości, bo o ile w ogólnych zarysach niby wiem i pamiętam, to w szczegóły tak na prawdę chyba nigdy się nie zagłębiałam. I tak wyciągnięta na majowej trawie i słonku, w rzeczywistości zupełnie innej niż dalekie mroźne krainy północy czytałam sobie.
Po jakimś czasie okazało się, że czytam również chłopakom, w zwłaszcza Bratu, który jak się dowiedział, co czytam, strasznie się zaciekawił. Przeczytaliśmy więc skąd Thor ma swój słynny młot i jak Odyn stracił oko. I jeszcze kilka historii. Nie przeszkadza mi, że zainteresowanie bierze się nie skądinąd, tylko z przygód Avengersów, których, jeśli sam jeszcze nie widział, to na pewno rozmawiał o nich w szkole i orientuje się lepiej ode mnie (która wszystkie części oglądałam, a jakże, a Loki na zawsze chyba będzie miał dla mnie twarz Toma Hiddlestona). Ważne, że pyta, że chce słuchać. Nie tylko o Thorze. Co było pierwsze, mity czy Avengersi, ogarnie z czasem.

Okazało się, że mitologia nordycka napisana przez Gaimana i przetłumaczona przez Paulinę Braiter jest książką, którą dobrze się czyta. Język jest współczesny i żywy, wygodny do czytania. A jednocześnie przenosi nas w tamten świat, ma swój nastrój i klimat. Tu pewnie zasłużone ukłony należą się także tłumaczce. Opowieści nie epatują ani okrucieństwem (choć nordyccy bogowie do grzecznych misiów nie należeli), ani innymi mitologicznymi uciechami nieodpowiednimi dla młodocianych. Właściwie nie trzeba jej cenzurować. 
I tak z książki dla mnie zrobiła się książka dla nas. Takie lubię najbardziej.




Neil Gaiman
Mitologia nordycka 
tłumaczyła Paulina Braiter
wyd. MAG 2017
oprawa twarda
tekst

poniedziałek, 15 maja 2017

Kim jest Bob?

Z serii dość dziwnych książek kupionych w wyniku dziwnych porywów, w dziwnych okolicznościach. 

Normalnie nie przepadam za tego typu. Tego typu ilustracjami zwłaszcza (na szczęście to tylko okładka, w środku lepiej), za tego typu pozycjami również niespecjalnie. Omijam wzrokiem, nie zauważam. Już wolę szybką Wikipedię, żeby dowiedzieć się kto zacz. Tym razem jednak wzrok mój przykuło, zauważyłam. Nabyłam wręcz. Z zamiłowania do, z wrażenia, ze zdziwienia, z braku książki na podróż...

Bo to jasne: Einstein, Leonardo, Skłodowska, Kopernik, Darwin... Każdy powinien wiedzieć kim byli, każdy, czyli dzieci też, niech się uczą, niech wiedzą. Niech powstają książki na temat Wielkich Ludzi, komiksy, wikipedie, podręczniki. Takie, które mi się podobają i takie, które niespecjalnie. Dla każdego.
Kim jest Bob Dylan też oczywiście wszyscy powinni wiedzieć. Nie tylko dlatego, że Nobla dostał, wcześniej też. Bo Wielkim jest i kropka. Moje osobiste zdanie. A jednak - jak too?

Duża, karykaturalna nieco głowa na małym ciałku, z małą gitarą i wielką ustna harmonijką. W tle ulica, która ma wyglądać jak ulica w Greenwich Village, podobna do tej z okładki płyty The Freewheelin' Bob Dylan. Z serii Wielcy i Sławni (Prószyński i Ska), Kim jest Bob Dylan? Jim O'Connor - tekst - i Jon O'Brien - ilustracje.


Z różnych wymienionych wyżej powodów nabyłam. I przeczytałam. I nawet Stasiek zabrał się za czytanie (owszem, z braku czegokolwiek innego pod ręką...), choc on wie kto to, bo musi słuchać czasem. Choć akurat KIM jest Bob mógłby się też dowiedzieć bardziej.
A ku memu zdumieniu można się tego z tej małej książeczki dowiedzieć. Podstawowe informacje, ale jednak i owszem, podkreślone na każdym kroku, że to jedna z bardziej skrytych Gwiazd. W dodatku nie tylko o Samym Onym czegoś się dowiemy, ale zostanie nam po drodze wyjaśnione jakie były pierwsze gwiazdy rocka, Joan Baez, czym był Ruch Praw Obywatelskich, Ruch Wyzwolenia Kobiet, Woodstock, czy czym się różni gitara akustyczna od elektrycznej. Całkiem sporo, jak na taką kieszonkową prawie książkę.







Kim jest Bob Dylan?
Jim O'Connor
ilustrował Jon O'Brien
Wielcy i Sławni
wyd. Prószyński i Ska 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje



środa, 26 kwietnia 2017

Banzai! O Japonii.


Książka jako przygotowanie do podróży. Nawet jeśli tylko palcem po mapie. Ale i do tej najprawdziwszej. Jak wybieramy się sami. Albo jak wybiera się mama, tato albo babcia. Albo dla wybierających się mamy, taty, babci, żeby wytłumaczyć dokąd, po co, i co tam można zobaczyć. Dla wszystkich dociekliwych, jak w tytule, tych, którzy chcą wiedzieć więcej, choć poruszać się nadal w kręgu znanych haseł: sushi, ninja, Fuji, sakura, origami, Hello Kitty...


Zwięzłe kompendium o dalekim kraju, który rozpala wyobraźnię wszystkich miłośników samurajów, wojowników ninja i Totoro. Każdy rozdział dotyczy rzeczy, o której na pewno słyszeliśmy. A jednak lektura zaskakuje wieloma szczegółami, o których zwykły zjadacz sushi nie słyszał. A jak już usłyszy, czy przeczyta, to zapamięta, bo napisane jest lekko i wpada w ucho i w pamięć. 
A jeśli przypadkiem wiecie trochę więcej na temat Japonii, zaskoczy was duża porcja wiedzy zawartej w tych krótkich rozdziałach-opowiadaniach.


Pamięć wspomogą na pewno ilustracje Joanny Grochowskiej. Udało się jej odmalować Japonię bardzo charakterystycznie, bardzo kolorowo, mimo użycia zaledwie kilku stonowanych kolorów i bardzo wesoło. 


Do tego wszystkiego mapka z charakterystycznymi miejscami, słowniczek zwrotów i zasady wymowy, instrukcja składania żurawia z origami, kilka przepisów na japońskie potrawy. Na prawdę, pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników tematu. Warto się przygotować, bo już za kilka dni Tango no Seku (str. 76), Dzień Chłopców i powiewających na wietrze karpi.







Banzai. Japonia dla dociekliwych
Zofia Fabjanowska-Micyk
ilustracje Joanna Grochocka
wyd. Dwie Siostry 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje



Wydawnictwu dziękuję za książkę.

A tymczasem w Japonii...




I czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego japońskie książki dla dzieci otwierają się ''normalnie", z lewej do prawej, z przodu do tyłu? Podczas gdy wszystkie książki japońskie otwierają się "od tyłu"? Książki dla dzieci tylko (młodszych lub obrazkowe), ale już nie komiksy dla dzieci. Komiksy też od tyłu, czyli "normalnie, po japońsku".