Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien

niedziela, 21 maja 2017

Książka na maj. Bozie.


Maj. Sezon komunijny w pełni. Nasz osobisty w wersji A za nami, wersja B daleko przed nami (przynajmniej tak mi się wydaje). W tym roku jednak sezon na Zośki, którym matkuję. Zresztą nie tylko Zośki. Nie byłabym "ciotką od książek" gdybym oprócz wymarzonych zamówionych prezentów nie wcisnęła swoich trzech groszy, czyli książki. Nie miałam, przyznam tyle odwagi, żeby, tak jak Staśkowi, podarować wielką wersję komiks-Biblii (o której swoją drogą od roku nie napisałam ni słowa). Ale miałam tyle tupetu za to, żeby wszystkim tegorocznym Przystępującym podarować Bozie.

Świetna książka Karoliny Oponowicz. Książka Odpowiadająca na Pytania. Pytania z tych najważniejszych, ale też najbardziej kłopotliwych. Pytaniach o rzeczy, zjawiska, o których - mam wrażenie - niewielu z nas umie, czy wręcz chce opowiadać. Albo, jeśli radzi sobie jeszcze jako tako w temacie własnej wiary i religii, często gubi się na zakrętach innych wyznań. Z pomocą przychodzi książka (jak zawsze):
Zebrałam od znajomych dzieci jeszcze więcej pytań związanych z religią, Bogiem, Kościołami, a potem poszłam do duchownych sześciu wyznań. Diakon Małgorzata, imam Janusz, ksiądz Artur, lama Rinczen, ojciec Max i rabin Stas podczas naszych rozmów często szeroko otwierali oczy ze zdumienia. Ale odpowiadali z wielką cierpliwością i otwartością.
Tyle sama autorka.

Pytani przez nią duchowni na samym początku przedstawiają się, opowiadają skąd są i kim są, oprócz tego, że pełnią posługę w takim czy innym kościele. Dzięki temu w książce zebrane zostały opowieści, nie definicje. Bardzo dobrze się je czyta, a za każdą odpowiedzią-opowieścią stoi konkretny człowiek. Są ciepłe i pełne uwagi. Poważne. I proste, na ile mogą być prostymi odpowiedzi o wierze. 

















Książka to także bardzo dobrze zilustrowana przez Joannę Rzezak. Nieco w stylu mizielińskim (proszę, jesteśmy świadkami tworzenia się nowych stylów ilustracyjnych). Nie jest to bynajmniej zarzut, książkę na prawdę dobrze się ogląda. A zabieg z zastosowaniem kodu kolorystycznego do poszczególnych wyznań pomysłowy i bardzo wygodny.

Książka dla wszystkich: katolików, buddystów, protestantów, prawosławnych, żydów i muzułmanów. I tych, którzy są gdzieś obok, pomiędzy, trzymają się z daleka, szukają, obserwują zza rogu. Dla tych, którzy mają dzieci i wcale niekoniecznie.
Idealny prezent na Okazje.






Bozie
Karolina Oponowicz
ilustrowała Joanna Rzezak
wyd. Agora 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje






piątek, 19 maja 2017

Przemyślenia elektronicznego jaskiniowca.

Funkcjonuje u nas pojęcie cisza elektroniczna. Cisza elektroniczna zwykle zapada, gdy mimo obecności większej grupy dzieci - z definicji hałaśliwej i ruchliwej - nagle zapada niebywały spokój i cisza. Zwykle okazuje się, że dzieci wcale nie oddaliły się na odległość tłumiącą dźwięki, ale że przynajmniej jedno z dzieci ma przy sobie telefon/tablet/komputer, a reszta wisi nad nim w skupieniu. Ewentualnie wszyscy siedzą, każde ze swoją elektroniką. Takie czasy.

Cisza elektroniczna ma swoje zalety. Wiadomo, gdzie dziecko jest, że się nie poci, nie brudzi, nie objada słodyczami, nie ulega wypadkom i uszkodzeniom mechanicznym. Rodzic tymczasem, skołatany, zmęczony lub obolały (fizycznie lub duchowo) może również oddać się ciszy. Również nierzadko elektronicznej. Takie czasy.

Oczywiście wymienione powyżej postawy są godne potępienia i napiętnowania. Karygodne po prostu. ...niech pierwszy rzuci kamieniem.

Jednakowoż książki powinny promować postawy pożądane, a potępiać godne potępienia. Coraz częściej pojawiają się więc książki walczące z ciszą elektroniczną. Czy to dziecięcą, czy rodzicielską (patrz choćby Tata pingwin). Oczywiście książki same w sobie są konkurencją dla elektroniki, jednak czując czasem, że tracą pole, podejmują temat wprost (aczkolwiek to dyskusyjna taktyka - czy zajmować się pouczaniem, czy może lepiej podjąć inny temat, atrakcyjny na tyle, żeby sam odciągnął od wrażej elektroniki).

W ten nurt wpisuje się również historia Teka, nowoczesnego jaskiniowca. Choć jakby tak przewrotnie jednak.



Opowieść jak najbardziej w temacie: w prehistorycznej jaskini, w prehistorycznej rodzinie panuje również cisza elektroniczna. Choć koło i ogień jeszcze nie wynalezione, elektroniczne gadżety i internet jak najbardziej. Mały jaskiniowiec oddaje się im wiec bez reszty, zaniedbując rodziców, zabawy z kolegami i przebywanie na świeżym powietrzu. Wszystkim dookoła jest oczywiście z tego powodu smutno, źle i niedobrze.



Szczęśliwie następuje w końcu wielki wybuch, połączenie słabnie, zasięg znika, a mały jaskiniowiec zostaje uratowany i przywrócony na łono rodziny, przyjaciół, społeczeństwa i natury.


Opowiastka prosta i niosąca oczekiwane przesłanie. Humor i żart - obecne. Jaskiniowcy, dinozaury, mamut i ptak dodo w jednym worku... ok tym razem nie chodzi o naukę teorii ewolucji czy (pre)historii. Dlaczego więc książka ta budzi zainteresowanie, choć treść jest dość przewidywalna? Dlaczego wcześniej napisałam, że książka nieco przewrotnie ma naucza, że elektroniczne gadżety to nie wszystko?

Odpowiedź tkwi w formie. Tek to zabawa formą książki. Czarna, lakierowana okładka z kolorowym okienkiem. Charakterystyczne ikonki w narożnikach i niby guziczek na dolnym marginesie. Książka- tablet. Ni mniej, ni więcej. Efekt wow gwarantowany i wyrywanie sobie z rąk, nawet, jeśli jest się aż 9-letnim jaskiniowcem momentami uzależnionym od danych komórkowych.
Na pewno więc atrakcyjna. Zabawna. Potrafiąca zaciekawić. Inna. Choć raczej dla młodszych, bo moi jaskiniowcy powrócili wkrótce do swoich komórek i tabletów. I do innych książek na szczęście też. A może jednak wybiegli na podwórko?

Lubię książki bawiące czymś więcej, niż samą treścią (choć nie muszą). Nowoczesna forma Teka obudziła pytania. Czy taka forma ma wskazać, że książki są równie atrakcyjne jak tablety? Ale żeby to udowodnić, książka musi podszyć się pod elektronikę ...to trochę naciągane. A może chodzi o postęp? Żeby tak podsunąć dziecku książkę, zamiast tabletu, żeby nie zauważyło różnicy?
Z drugiej strony książki są - bywają - tabletami. Książki są kindlami. Czy to je jakoś dyskredytuje? Czy książka przeczytana z ekranu, a nie z papieru, przestaje być książką? Czy "czytanie przez uszy", czytanie przez słuchanie, jest gorszym czytaniem? O co chodzi? O czynność, wysiłek, trud, czy o treść, zawartość, przyjemność z poznawania nowych światów?

Taka prosta książka dla dzieci, a popłynęłam na szerokie wody pseudoprzemyśleń. Pora przerwać elektroniczną ciszę rodzicielską i wyjść na podwórko.



Patrick McDonnell napisał też o dziewczynce, która stała się Jane Goodall.



TEK nowoczesny jaskiniowiec
Patrick McDonnell
tłumaczenie Grażyna Chamielec
wyd. Kinderkulka 2017
oprawa twarda
obrazki = tekst



Dziękuję wydawnictwu za książkę.

wtorek, 16 maja 2017

Mitologia nordycka

Lubię mity, mitologie. Staram się chłopakom podkładać tu i ówdzie, bo wszak na mitach stoi cała kultura. Jednak nie każde mity, czy mitologie daje się czytać czy słuchać. Zwłaszcza, jeśli zarys historii znamy, a kolejna odsłona nie potrafi porwać nas na nowo. Warto więc szukać mitologii dobrze napisanych.

Przypadkiem trafiłam na Mitologię nordycką napisaną (na nowo? po raz kolejny?) przez Neila Gaimana i nie wahałam się długo. Zwłaszcza, że biegłości w posługiwaniu się północnymi opowieściami dowiódł już w historii o Oddzie i lodowych Olbrzymach, którą bardzo polubiliśmy. Postanowiłam nadrobić zaległości, bo o ile w ogólnych zarysach niby wiem i pamiętam, to w szczegóły tak na prawdę chyba nigdy się nie zagłębiałam. I tak wyciągnięta na majowej trawie i słonku, w rzeczywistości zupełnie innej niż dalekie mroźne krainy północy czytałam sobie.
Po jakimś czasie okazało się, że czytam również chłopakom, w zwłaszcza Bratu, który jak się dowiedział, co czytam, strasznie się zaciekawił. Przeczytaliśmy więc skąd Thor ma swój słynny młot i jak Odyn stracił oko. I jeszcze kilka historii. Nie przeszkadza mi, że zainteresowanie bierze się nie skądinąd, tylko z przygód Avengersów, których, jeśli sam jeszcze nie widział, to na pewno rozmawiał o nich w szkole i orientuje się lepiej ode mnie (która wszystkie części oglądałam, a jakże, a Loki na zawsze chyba będzie miał dla mnie twarz Toma Hiddlestona). Ważne, że pyta, że chce słuchać. Nie tylko o Thorze. Co było pierwsze, mity czy Avengersi, ogarnie z czasem.

Okazało się, że mitologia nordycka napisana przez Gaimana i przetłumaczona przez Paulinę Braiter jest książką, którą dobrze się czyta. Język jest współczesny i żywy, wygodny do czytania. A jednocześnie przenosi nas w tamten świat, ma swój nastrój i klimat. Tu pewnie zasłużone ukłony należą się także tłumaczce. Opowieści nie epatują ani okrucieństwem (choć nordyccy bogowie do grzecznych misiów nie należeli), ani innymi mitologicznymi uciechami nieodpowiednimi dla młodocianych. Właściwie nie trzeba jej cenzurować. 
I tak z książki dla mnie zrobiła się książka dla nas. Takie lubię najbardziej.




Neil Gaiman
Mitologia nordycka 
tłumaczyła Paulina Braiter
wyd. MAG 2017
oprawa twarda
tekst

poniedziałek, 15 maja 2017

Kim jest Bob?

Z serii dość dziwnych książek kupionych w wyniku dziwnych porywów, w dziwnych okolicznościach. 

Normalnie nie przepadam za tego typu. Tego typu ilustracjami zwłaszcza (na szczęście to tylko okładka, w środku lepiej), za tego typu pozycjami również niespecjalnie. Omijam wzrokiem, nie zauważam. Już wolę szybką Wikipedię, żeby dowiedzieć się kto zacz. Tym razem jednak wzrok mój przykuło, zauważyłam. Nabyłam wręcz. Z zamiłowania do, z wrażenia, ze zdziwienia, z braku książki na podróż...

Bo to jasne: Einstein, Leonardo, Skłodowska, Kopernik, Darwin... Każdy powinien wiedzieć kim byli, każdy, czyli dzieci też, niech się uczą, niech wiedzą. Niech powstają książki na temat Wielkich Ludzi, komiksy, wikipedie, podręczniki. Takie, które mi się podobają i takie, które niespecjalnie. Dla każdego.
Kim jest Bob Dylan też oczywiście wszyscy powinni wiedzieć. Nie tylko dlatego, że Nobla dostał, wcześniej też. Bo Wielkim jest i kropka. Moje osobiste zdanie. A jednak - jak too?

Duża, karykaturalna nieco głowa na małym ciałku, z małą gitarą i wielką ustna harmonijką. W tle ulica, która ma wyglądać jak ulica w Greenwich Village, podobna do tej z okładki płyty The Freewheelin' Bob Dylan. Z serii Wielcy i Sławni (Prószyński i Ska), Kim jest Bob Dylan? Jim O'Connor - tekst - i Jon O'Brien - ilustracje.


Z różnych wymienionych wyżej powodów nabyłam. I przeczytałam. I nawet Stasiek zabrał się za czytanie (owszem, z braku czegokolwiek innego pod ręką...), choc on wie kto to, bo musi słuchać czasem. Choć akurat KIM jest Bob mógłby się też dowiedzieć bardziej.
A ku memu zdumieniu można się tego z tej małej książeczki dowiedzieć. Podstawowe informacje, ale jednak i owszem, podkreślone na każdym kroku, że to jedna z bardziej skrytych Gwiazd. W dodatku nie tylko o Samym Onym czegoś się dowiemy, ale zostanie nam po drodze wyjaśnione jakie były pierwsze gwiazdy rocka, Joan Baez, czym był Ruch Praw Obywatelskich, Ruch Wyzwolenia Kobiet, Woodstock, czy czym się różni gitara akustyczna od elektrycznej. Całkiem sporo, jak na taką kieszonkową prawie książkę.







Kim jest Bob Dylan?
Jim O'Connor
ilustrował Jon O'Brien
Wielcy i Sławni
wyd. Prószyński i Ska 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje



środa, 26 kwietnia 2017

Banzai! O Japonii.


Książka jako przygotowanie do podróży. Nawet jeśli tylko palcem po mapie. Ale i do tej najprawdziwszej. Jak wybieramy się sami. Albo jak wybiera się mama, tato albo babcia. Albo dla wybierających się mamy, taty, babci, żeby wytłumaczyć dokąd, po co, i co tam można zobaczyć. Dla wszystkich dociekliwych, jak w tytule, tych, którzy chcą wiedzieć więcej, choć poruszać się nadal w kręgu znanych haseł: sushi, ninja, Fuji, sakura, origami, Hello Kitty...


Zwięzłe kompendium o dalekim kraju, który rozpala wyobraźnię wszystkich miłośników samurajów, wojowników ninja i Totoro. Każdy rozdział dotyczy rzeczy, o której na pewno słyszeliśmy. A jednak lektura zaskakuje wieloma szczegółami, o których zwykły zjadacz sushi nie słyszał. A jak już usłyszy, czy przeczyta, to zapamięta, bo napisane jest lekko i wpada w ucho i w pamięć. 
A jeśli przypadkiem wiecie trochę więcej na temat Japonii, zaskoczy was duża porcja wiedzy zawartej w tych krótkich rozdziałach-opowiadaniach.


Pamięć wspomogą na pewno ilustracje Joanny Grochowskiej. Udało się jej odmalować Japonię bardzo charakterystycznie, bardzo kolorowo, mimo użycia zaledwie kilku stonowanych kolorów i bardzo wesoło. 


Do tego wszystkiego mapka z charakterystycznymi miejscami, słowniczek zwrotów i zasady wymowy, instrukcja składania żurawia z origami, kilka przepisów na japońskie potrawy. Na prawdę, pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników tematu. Warto się przygotować, bo już za kilka dni Tango no Seku (str. 76), Dzień Chłopców i powiewających na wietrze karpi.







Banzai. Japonia dla dociekliwych
Zofia Fabjanowska-Micyk
ilustracje Joanna Grochocka
wyd. Dwie Siostry 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje



Wydawnictwu dziękuję za książkę.

A tymczasem w Japonii...




I czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego japońskie książki dla dzieci otwierają się ''normalnie", z lewej do prawej, z przodu do tyłu? Podczas gdy wszystkie książki japońskie otwierają się "od tyłu"? Książki dla dzieci tylko (młodszych lub obrazkowe), ale już nie komiksy dla dzieci. Komiksy też od tyłu, czyli "normalnie, po japońsku".

sobota, 25 lutego 2017

Kto się czai?

Lubię. Wiecie dobrze, że lubię. Więc i te wypatrzyłam. I mam, bo lubię. Choć można by powiedzieć, że po co, to dla maluchów, a moje chłopaki już "duże". Ale i oni lubią. Zwłaszcza Brat. Też lubi, jak wystaje, rozkłada się i zaskakuje. Bo lubimy pop-upy.


I cieszy mnie, że są, bo to może znaczy, że będzie ich więcej. Tych tłumaczonych, może też jakiś całkiem nowych, może polskich. Podobno mają być wznowienia Kubasty. Może i Cartera ktoś wyda po polsku, skoro po rumuńsku się dało. A może i Sabudę znów?

Tymczasem dwa maleństwa.
Kto się kryje w lesie? oraz Kto się kryje w wodzie? Eryl Norris, ilustracje Andy Mansfield.
Fajne i przewrotne nieco. Wierszyk (no, trudno) trochę pobrzmiewa Gruffalem. KTOŚ czai się w mroku/głębinach. I zastanawiamy się kto. Wielkie ślepia mają sowa, wilk i nietoperz, rekin, krokodyl i ośmiornica. I to oni, wtem, wyskakują na nas ze stronic książek. Ale to też oni występują, jako ci, którzy obawiają się tego zaczajonego KOGOŚ i zastanawiają się zbiorowo, czy ma on poza strasznymi ślepiami, kolce, zębiska, pazury... Na końcu czai się, oczywiście, zaskoczenie.


Ładne są zwierzaki, bo fajnie niekolorowe. W lesie ślepia jarzą się żółto, ale poza tym przyjemne szarości, czerń, no, a w wodzie błękit. I kartki w kratkę! Tekst rymowany, prawie rytmicznie. Nie wiemy, kto przetłumaczył, bo wydawnictwo się nie chwali. 



Przyjemne dla oka, przyjemne w dotyku, lekkie i przyjazne dla małych łapek.
No właśnie, jak takie ładne i fajne się pojawiają coraz częściej, to żal się robi, że łapki chłopaków coraz większe...




Kto się kryje w lesie? 
Kto się kryje w wodzie?
Eryl Norris
ilustracje Andy Mansfield
wyd. Mamania 2017
oprawa twarda
pop-up 

piątek, 17 lutego 2017

O tworzeniu książki

Coś dla ducha, oka i ucha.W ramach robienia sobie przyjemności wybrałam się dziś na wykłady. 

Cykl wykładów otwartych poświęconych tworzeniu książki od koncepcji po formę zorganizowali wspólnie Arctic Paper Polska, D2D.pl i Wydawnictwo Dwie Siostry. Krakowskie spotkanie odbyło się w MOCAK'u.

Trzy wykłady i prawie cztery godziny przyjemności.
Najpierw było bardzo technicznie i technologicznie. Michał Büthner-Zawadzki z firmy Arctic Paper Polska opowiadał o właściwościach papierów graficznych, technik drukarskich i wykończeniowych: „Jak ustrzec się błędów przy produkcji książki. Tips & hints”. Bardzo konkretnie o tym na czym i jak wydrukować książkę.

Następnie Robert Oleś, projektant książek i typograf, współwłaściciel wydawnictwa i pracowni d2d.pl, wydający książki z dziedziny dizajnu i typografii. „Książka do zrobienia z mojego punktu widzenia. Opowieść o siłach i zamiarach” była rzeczywiście typograficzną opowieścią o typograficznych książkach. Schowek mój internetowy wzbogacił się o kolejne pozycje, na które miałabym ochotę, w imię mojej platonicznej miłości do typografii (choć z ostatnich Targów do domu wróciłam z esejem o typografii Erica Gilla właśnie wydawnictwa d2d.pl).

No i na koniec gwóźdź programu (jak dla mnie) czyli opowieść bardziej niż wykład Aleksandry Cieślak o tworzeniu jej najnowszej książki - Książki do zrobienia. Wydały ją Dwie Siostry, a zaledwie kilka dni temu otrzymała wyróżnienie w ramach BolognaRagazzi Award for Art Books przyznawanej przez Międzynarodowe Targi Książki w Bolonii. 
„To, co jest, ma takie samo znaczenie, jak to, czego nie ma. Człowiek w przestrzeni książki. Odczuwanie w projektowaniu. O tworzeniu autorskiej książki ilustrowanej” tak brzmiał tytuł. Cała historia tej książki została opowiedziana. Od pomysłu, jego ewoluowaniu w czasie, nawet zarzuceniu na czas jakiś, przez ponowne podjęcie tematu i intensywną pracę nad konkretnym coraz bardziej projektem, aż do Bolonii. I jeszcze o wielu rzeczach, które działy się w życiu twórczo-zawodowym Autorki w międzyczasie. 
Ola Cieślak fantastycznie opowiada o swojej pracy. Ciekawie, żywo, zajmująco, z ogromnym humorem. Jeśli tylko będziecie mieli okazję do autorskiego spotkania z jej udziałem (o tym za chwilę) - pędźcie koniecznie. Fantastyczna opowieść o kompromisach, jakie musiała podejmować przy pracy z redaktorami i wydawnictwem - niebywale smakowita. Wszystko bogato zilustrowane przykładami z książki (wegańska matrioszka!), ale także stronami, które do niej nie weszły (z powodu obniżenia wieku odbiorcy...).

Wykłady planowane są jeszcze w Poznaniu, Lublinie i Warszawie, więc jeśli będziecie nieopodal koniecznie skorzystajcie - polecam bardzo. A już w sobotę, jeszcze raz w MOCAK'u spotkanie autorskie. I warsztaty, na które nie ma już miejsc.

A przy okazji można było wziąć udział w losowaniu rysunków Oli Cieślak.


Nie wierząc własnemu szczęściu, chyba pierwszy raz łaskawemu przy jakimkolwiek losowaniu czegokolwiek, odebrałam z rąk Autorki ostatnie zdanie Goethego wykaligrafowane jej własną ręką (o pierwszych i ostatnich zdaniach również jest w Książce do zrobienia). 
Wszystko pięknie się zamknęło, bo mogłam przy okazji powiedzieć, że jej ksiązki również czasami kupuje się dla jednego zdania. Tak było u nas z jeżem, dawno temu. Tak było, gdy Joanna kupiła Złe sny dla jednego tylko zdania o sobotnim piekle...


piątek, 10 lutego 2017

Ignacy Kitek, architekt.

O tej książce już było.

Ale.

Niniejszym pragnę donieść, że ku mojej - mam nadzieję nie tylko - radości, fantastyczna książka o małym architekcie została wydana po polsku. Tadaam.
Iggy Peck został Ignacym Kitkiem. Z racji rymu i rytmu zapewne. Ale poza tym wszystko jest jak było. Książkę wydano bardzo starannie, na miłym papierze, z elegancką obwolutą. Ładnym przedmiotem jest ta książka. I tak cudnie ilustrowana.


Wracając do rymu i rytmu. Trochę się bałam. Jakoś tak jest, że świetnie brzmiące w językach oryginalnych opowieści rymowane zwykle tracą w tłumaczeniu. Bardzo tracą. Sztandarowym przykładem w tej kwestii są polskie tłumaczenia Gruffala. Oba. Niestety. Trudna to sztuka, tłumaczyć rymy i rytmy. Pewnie tak samo jest z Lokomotywą po cudzoziemsku. 
Kitka czytałam więc z rosnącym napięciem. Jednak pan tłumacz Łukasz Witczak, poradził sobie całkiem dobrze. Czytając potykam się może ze dwa razy, gdzieś zabrakło spójnika, gdzieś znaków przestankowych pomagających w utrzymaniu rytmu. Ale jest dobrze. I bardzo dobrze, bo to naprawdę bardzo fajna książka.


Stasiek pamiętał, że gdzieś już coś takiego widział (zanim wersję angielską podarowaliśmy naszym Ulubionym Architektom). Bratu bardzo się spodobało, zaczął nawet tropić budynki, które budował Ignacy. Ja bardzo lubię ilustracje Davida Robertsa.


Książkę wydało całkiem nowe wydawnictwo, Kinderkulka. Bardzo to udany debiut wydawniczy. Życzę załodze wydawnictwa wszelkiej pomyślności, zwłaszcza, że w planach mają wydanie drugiej świetnej książki duetu Andrea Beaty - David Roberts, o małej Róży, która chciała zostać inżynierem (i o której też wtedy pisałam). Mam też nadzieję, że wydawnictwu starczy również pary, żeby wydać najnowszą książkę z serii, o Adzie Twist, która pragnęła zostać naukowcem. Trzymam kciuki. 

A do klasy pani Alinki vel Lili Greer najwyraźniej chodzi więcej dzieciaków o niezwykłym zacięciu i niesamowitych pasjach.





Andrea Beaty
Ignaś Kitek, architekt,
zilustrował David Roberts,
przetłumaczył Łukasz Witczak,
wyd. Kinderkulka 2017
oprawa twarda
ilustracje = tekst



 Wydawnictwu dziękuję za książkę.


czwartek, 9 lutego 2017

Komiks nawet w kuchni

Nie jestem miłośniczką gotowania. Jak zrobię obiad dwudaniowy, moja rodzina pyta z troską, co się stało. Bezgraniczną miłością darzę szybkowar, który gotuje za mnie. Czasami oczywiście miewam napady weny kulinarnej, ale jednak nie za często. Żeby nie było, żem beztalencie całkiem - talent mam, ale nie używam - umiem nawet pokonać udziec z dzika. Zdecydowanie wolę czytać niż gotować. I żeby wszystko było jasne, czytanie o gotowaniu również mnie nie kręci. Po tych wyznaniach wróćmy więc do książek.


Z racji powyższego oraz okresowych napadów żalu (do siebie i małej powierzchni kuchennej), że nie nauczam moich synów sztuki kulinarnej (moje przyszłe synowe będą musiały z tym także się pogodzić), zakupiłam, chyba pierwszy raz w życiu, książkę kucharską (jakby) do użytku dla dzieci. Z niejaką nadzieją, że i na mnie wpłynie pozytywnie. Oczywiście głównym powodem jest to, że to jednak książka oraz w dodatku komiks.
Wpadłam na nią przypadkiem, w wersji angielskiej, ale udało mi się opanować pierwszy odruch bezwarunkowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka dni później szukając zupełnie czegoś innego, natknęłam się na ten sam tytuł w wersji polskiej.

Tytuł... no właśnie tytuł brzmi Krój, gotuj, WOW (po ang. Chop, sizzle, WOW). Pomińmy zatem tytuł.


Wewnątrz mamy przepisy kuchni włoskiej - pojawiająca się w podtytule Srebrna łyżka to podobno biblia kuchni włoskiej (Il cucchiado d'argento).
Co w środku? W środku kuchnia jak najbardziej włoska, ta znana i ulubiona (pizza margherita, cantucci, carbonara, zupa minestrone), ale też ta nieznana. Przepisy podzielone na przystawki, makarony (a jakże), dania główne oraz wypieki i desery. Na początku wprowadzenie do kuchni włoskiej, bardzo ciekawe zresztą, a na końcu  uwagi do przepisów (typu: Natka zawsze oznacza natkę pietruszki czy też: Ząbki czosnku są duże; jeśli masz małe, weź dwa). Dalej opisane są techniki kuchenne (sprawianie kalmarów i krewetek, patroszenie ryb, wyrabianie ciasta) oraz słowniczek.


Im bardziej ją oglądam, tym bardziej mi się podoba. Może wreszcie coś z niej ugotuję? A może i chłopaki zrobią coś więcej niż kanapkę z nutellą? Zwłaszcza, że niektóre wskazówki-obrazki bardzo do mnie trafiają:







Krój, gotuj, WOW
Srebrna łyżka, 50 kulinarnych przygód krok po kroku, 
ilustrował Colin White,
tłumaczenie: Maria Brzozowska, 
wyd. Insignis Media
oprawa miękka
komiks - książka kucharska