Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien

wtorek, 21 czerwca 2016

Ogłoszenie drobne

Uff... powróciłam do życia ...bloga braterskiego, sąsiedzkiego o tym co chłopaki zmalowali, ulepili, stworzyli. Miało być systematycznie, a wyszło jak zwykle... Niemniej chwilowo prawie wszystko jest uzupełnione, lis - cudny, to prawda, ale ileż można - przestał wisieć. Przynajmniej wersja 2D jest uzupełniona. Niedługo w ramach podsumowań roku szkolnego ceramika i inne 3D.

Więc jeśli macie ochotę pooglądać obrazki - zapraszam.

czwartek, 16 czerwca 2016

Eksperyment audiowizualny 2

Pisałam już kiedyś o eksperymencie audiowizualnym, komiksowo-słuchalnym.
Mamy jeszcze jeden taki zestaw, tym razem z najnowszej historii komiksu polskiego dla dzieci. Tomasz Samojlik jest twórcą świetnych komiksów dla dzieci, w których wartkiej akcji i przygodzie towarzyszy podana ze smakiem, umiarem i dużymi umiejętnościami wiedza o przyrodzie, zwierzętach i innych ekosystemach. Zresztą, o Ryjówce przeznaczenia również już pisałam. Od tamtego czasu cała trylogia ryjówkowa ujrzała światło dzienne, pozycja Tomasza Samojlika, jako twórcy różnych fajnych "odzwierzęcych" książek dla dzieci, nie tylko komiksów, się ugruntowała, a Stasiek nauczył się czytać i sam już wszystkie części ryjówek przeczytał (kolejne tytuły to Norka zagłady i Powrót rzęsorka). Ale co z Bratem? Brat jest miłośnikiem komiksów, studiuje je namiętnie, ale w naszym domu, nikt poza tatą okazjonalnie, nie jest miłośnikiem czytania komiksów na głos.

Z pomocą przyszło nam znów Studio Sound Tropez.
I z całym przekonaniem mogę polecić Ryjówkę w formacie audio. Narratorem jest świetny Artur Barciś, a i reszta aktorów radzi sobie wyśmienicie. Właściwie to muszę przyznać, że ten eksperyment jest dużo bardziej udany niż poprzedni, mniej krzykliwy, mniej chaotyczny, chłopakom też przypadł do gustu od pierwszego słuchania.
Zresztą - oceńcie sami:


Warto poznać przygody ryjówek - w takiej czy innej formie - na progu lata i wakacji. Zwłaszcza, jeśli wybieracie się do Puszczy...


Ryjówka przeznaczenia
słuchowisko na podstawie 
komiksu Tomasza Samojlika
wyd. Sound Tropez Studio
mp3, 180'
Narrator: Artur Barciś
W rolach głównych: Marcin Hycnar (Dobrzyk), Julia Kamińska (Śmiłka), Marieta Żukowska (Korina)

środa, 25 maja 2016

Rozmowa o religii

Przeczytałam właśnie książkę, którą, choć ma w tytule "dla dzieci", powinni przeczytać przede wszyscy dorośli. Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, Tahara Ben Jelloum'a.
Pominę rozważania na tematy aktualne i trudne, z których wniosek, że powinni ją przeczytać wszyscy dorośli wypływa tym silniej. Dlatego sama po nią sięgnęłam. Żeby dowiedzieć się i usystematyzować już posiadaną wiedzę, mocno ogólną, jak się okazało. Autor w niezwykle prosty, klarowny sposób przedstawia główne założenia islamu, podstawowe fakty historyczne, wyjaśnia terminy, naświelta tło historyczne i polityczne. Wszystko, jeszcze raz powtórzę, w sposób jasny i prosty.

W połowie książka składa się z rozmowy autora z dzieckiem. Pierwsza wersja książki powstała pod wpływem pytań, jakie dziesięcioletnia córka pisarza zadawała mu po zamachach z 11 września. Kolejna, po zamachach 7 stycznia 2015 r. Autor odpowiada także na pytania dlaczego Europejczycy boją się islamu, jakie są najczęstsze stereotypy i błędy w postrzeganiu tej religii i ludzi ją wyznających. Stara się także wyjaśnić skąd one się biorą i że winni są nie tylko ludzie innych wyznań nie chcący zrozumieć islamu, ale przede wszystkim ci, którzy w imię tej religii, również tak na prawdę jej nie rozumiejąc (bądź nie chcąc zrozumieć), czynią zło i rzeczy straszne.
Drugą połowę książki stanowią teksty, które w ciągu kolejnych lat autor pisał dla zachodniej prasy.

Przede wszystkim jest to więc świetne kompendium wiedzy na temat. I tak jak piszę - dla każdego (co zresztą autor w tytule zaznacza).

Jednak powód dla którego uważam, że książkę tę powinni przeczytać dorośli - rodzice swoich dzieci, jest także inny. Jest to świetny przykład tego, jak można - jak powinno się - rozmawiać z dzieckiem o religii. Każdej religii. Naszej i nie-naszej. Każdej. Oczywiście, wymaga to od nas wysiłku i wiedzy. Czyli nic nowego w wychowywaniu dzieci.

A właśnie. Przez całą książkę autor głosi - za islamem zresztą - pochwałę poznania, wiedzy i nauki, kształcenia i wykształcenia, które w przeciwieństwie do ignorancji i arogancji jest tym czynnikiem, który pozwoliłby ludziom żyć w pokoju, wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu różnic, nie tylko religijnych.





Tahar Ben Jelloum
Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, 
tłumaczenie: Helena Sobieraj, Dorota Zańko 
wyd. Karakter 2015
oprawa miękka
książka bez obrazków
 

środa, 18 maja 2016

Brat poleca - Wilczuś

Najłatwiej oczywiście pisze się o książkach, które zachwyciły. Nas wszystkich. Albo przynajmniej mnie... O tych, które nie, z reguły nie piszę, bo tak. Najtrudniej pisze mi się o książkach, które mnie nie urzekają, za to chłopaków owszem. Bo co napisać? Ich zdolności recenzenckie i ochota współpracy kończą się zwykle na zdaniu "nooo, bo fajne jest".

Tak też jest z książkami o Wilczusiu. Chłopaków wciągnęły, mnie nie za bardzo. Dziwna już jest sama formuła ksiązki - zbiór listów Wilczusia do rodziców, w których opisuje swoje przygody. Choć przyznam, czasem fajnie buduje napięcie pomiędzy "rozdziałami". Prawdopodobnie fajna do samodzielnego czytania (krótkie rozdziały okraszone rysunkami nawiązującymi do tekstu i kleksami - jak to w listach), z drugiej strony fabuła wciągająca raczej Brata niż Staśka, więc o samodzielnym czytaniu raczej nie ma mowy.

Mały Wilk zostaje wysłany sam do szkoły swego stryja, aby nauczyć się być Naprawdę Złym Wilkiem. Do Szkoły Złości i Chytrości. Najpierw musi sam tam dojść, a to kawał od domu. Cały czas pisze listy do rodziców (choć nie zostaje chyba wyjaśniona tajemnica ich doręczenia). Potem okazuje się, że w szkole nie jest tak fajnie, jak miało być, że właściwie dziwny, dość zdegenerowany stryj właściwie nie prowadzi już żadnej szkoły. Mimo to Wilczuś stara się jak może zostać Bardzo Złym Wilkiem. Tyle, że bardziej podobają mu się zabawy drużyny zuchów spotkanych w ciemnym lesie, niż ciemne sprawki stryja...



W końcu Złego Stryja spotyka kiepski koniec (aczkolwiek malowniczy, trzeba przyznać), a Wilczuś postanawia nie wracać jednak do rodziny (być może czuje, że jednak do niej nie pasuje jakby), tylko założyć własną szkołę, tym razem Akademię Poszukiwaczy Przygód. Rodzice natychmiast podsyłają mu młodszego brata do tejże i przygody mogą się toczyć dalej.



Przeczytaliśmy wieczorami obie części, które Brat dostał. Stasiek też słuchał i nie chciał odpuszczać odcinków, ale tak na prawdę fabuła ekscytująca jest dla młodszaków. Czytanie listów na głos jest nieco ...inne. Ale może być. Może dzięki tłumaczeniu, którego autorem jest Ernest Bryll. Za ilustracje odpowiedzialny jest Tony Ross, już nawet rozpoznawany przez chłopaków.
Właśnie pojawiła się kolejna część przygód Wilczusia, ale moja informacja na ten temat nie znalazła oddźwięku w natychmiastowej żądzy posiadania. Nie naciskam.

Ian Whybrow
Księga straszliwej niegrzeczności, napisał Wilczuś z wielkiej złości
Małego Wilczka księga Wilkoczynów

ilustrował Tony Ross
tłumaczył Ernest Bryll,
wyd. Poradnia K. 2015

oprawa miękkotwarda?
tekst > ilustracje

piątek, 13 maja 2016

0:1

Czas nie gra roli, okazuje się. Realia nie grają roli. Niezrozumiałe (zapewne) słowa, czyny i zjawiska nie grają roli. Ważne, że grają. W nogę, oczywiście.

Nie czytałam Bahdaja typowo chłopaczych książek. A więc Do przerwy 0:1 również nie. Przypomniałam sobie o takiej książce szukając czegokolwiek w zakresie staśkowych obecnych, nieustających piłkarskich zainteresowań. Ale, szczerze powiedziawszy, nadal nie miałam zbyt ochoty czytać (jako lektor), (choć pokazały się bardzo apetyczne, małe wydania bahdajowych książek z fajnymi okładkami Piotra Sochy!). A i nie wróżyłam - być może niesłusznie - żeby Stasiek podołał temu nieco już archaicznemu jednak językowi samodzielnie. Ale gdy trafiłam na audiobooka, to co innego. Dla moich maniaków "czytania uszami", spragnionych wciąż nowości - zaryzykowałam.

Chwyciło, jeszcze jak. Z 420-ma minutami słuchania poradzili sobie w dwa (2!) dni. Pół deszczowej niedzieli (drugie pół spędzili na podwórku kopiąc piłki prawdziwe, jak słońce wyszło). Kolacja, kawałek poniedziałku poszkolnego. Kąpiel (tak, nawet do łazienki powędrowali z odtwarzaczem).
Przy czym zwykle słuchanie towarzyszy im przy robieniu czegoś, tym razem prawie się nie ruszali, zasłuchani. Woda w wannie nawet nie chlupotała! Nie można się było do nich odezwać. Obiad zjedli w wielkim pośpiechu.

Przymykam ucho na trenerów-działaczy, przy półlitrze rozprawiających o przyszłości drużyny. Przymykam ucho na proponowaniu mocno nieletniej młodzieży "chociaż ciemnego piwa". Akcent z Woli jest dla mnie równie abstrakcyjnym pojęciem, co akcent z południowego Londynu, w odróżnieniu od północnego. Jak dla mnie (choć przyznam, nie słuchałam uważnie i tylko urywki), klimaty bardziej jak ze Złego Tyrmanda. Ale chłopakom się spodobało. I świetnie. Najfutbolniejsi w wersji retro? Czemu nie.





Adam Bahdaj
Do przerwy 0:1
wyd. Lissner Studio
audiobook
mp3, 420'
czyta Andrzej Szopa

środa, 11 maja 2016

Szaleństwo katalogowania


Nie czytuję dzieciom Eco (jeszcze). To moje pierwsze skojarzenie z książką o Alfredzie Bułeczce poszukującym swojej sztucznej szczęki. 
Rzeczy Alfreda. Początkowo w nieładzie strasznym. Zatyczki do ucha obok niedojrzałego banana i tarantuli. Trudno się w tym odnaleźć. Należy więc rozpocząć se-gre-go-wa-nie. Nakrycia głowy. Kaczki i wabiki. Portrety. Narzędzia. Mrówki. Żółte. Małe jazgoczące pieski. Zepsute. Na "S".
Całe góry kartonów z tym wszystkim. Tytułowa szczęka znalazła się, a jakże. Na swoim miejscu. W szafce na zęby. Na swoim miejscu. Oczywiście.



Czasem czuję się jak Alfred. Codziennie kataloguję, dzielę na kategorie układam na miejsca. Spółdzielnia Pracy "Próżny Trud". Marzę, żeby zapakować do kartonów i wysłać kontenerowcem na drugi koniec świata. Ja sama niekoniecznie, ja mogę zostać w Pustym. 
Innym razem (tysiąc razy dziennie!) jestem jak siostry-Dobra-Rada. Bo ja wiem, gdzie co jest. Mam oczy dookoła głowy, mój umysł rejestruje samorzutnie klocek lego pod kanapą, książkę pod poduszką, coś co się zapadło pod ziemią - za łóżkiem. Bo mój umysł już się nauczył, że na pewno ktoś będzie szukał, ktoś zapyta. Więc to ja wiem, gdzie co jest. Gdzie mogłoby leżeć. Gdzie powinno się znajdować. I to niebywałe zdumienie chłopaków, gdy coś odnajdują tam, gdzie być powinno. Na swoim miejscu. "Swoje miejsce" to najmniej oczywiste miejsce, na którym można znaleźć cokolwiek.

Bardzo nam się spodobał bałagan i porządki Alfreda. I chłopakom. Bratu chyba jako całość. Do tego stopnia, ze sam zaczął nam "czytać". Błyskawicznie zapamiętał co jest czym czego. Po Kto kogo zjada to druga samodzielnie "czytana" książka. Stasiek lubi najbardziej rzeczy zepsute. Tatę ubawiła słuchawka Bluetooth w ...szafce na zęby oczywiście. Mi też się podoba, choć jak widzicie, doszukuję się drugiego dna i lustro widzę.





Szczęka Alfreda
Jon i Tucker Nichols
wyd. Dwie Siostry 2016
oprawa twarda
ilustracje > tekst




Wydawnictwu dziękuję za książkę.

piątek, 29 kwietnia 2016

PF o HP


Akurat w Harrym Potterze to ja już grałem. I to wszystkie role. (...)
Grałem Harry'ego, Rona, Hermionę, Dumbledore'a, profesor McGonagall, Hagrida i całą resztę towarzystwa. W audiobooku. To była ciężka fizyczna robota, kilkaset godzin nagrań w studiu radiowym. Musiałem się solidnie napocić, żeby każda z tych postaci miała swój charakter, własną melodię, rozpoznawalny sposób mówienia. Po trzech tomach miałem dość i poprosiłem wydawcę o zmianę, więc czwarty tom nagrał Witold Zborowski. Zrobił to zresztą znakomicie, ale wydawnictwo i tak dostało furę listów od osób czytających uszami, że już się przyzwyczaili i nie chcą żadnych zmian, że musiałem wrócić. A trzeba panu wiedzieć, że w tym cyklu każdy kolejny tom jest grubszy od poprzedniego. Ostatni był cegłą wprost nie prawdopodobną - ponad tysiąc stron chyba. Ileż ja się z nim nasiedziałem zamknięty sam w klatce z mikrofonem, to tylko ja wiem. Męka. Mugolska męka, zero czarów.


Piotr Fronczewski w rozmowie z Marcinem Mastalerzem
Ja, Fronczewski, s.302
wyd. Znak  2015
oprawa twarda
książka bez obrazków

środa, 16 marca 2016

Tam, gdzie żyją dzikie stwory.

Kocioludek długowłosy Etgara Kereta przypomina mi Maksa, bohatera klasycznej już książki Maurice'a Sendaka Tam, gdzie żyją dzikie stwory.


O dzikich stworach nie pisałam jeszcze, choć mamy tę książkę dość długo. Jednak trafiła wtedy w jakąś dziwną, pustą przestrzeń pomiędzy moimi synami. Jeden wydawał się już "za duży", drugi z kolei swoim pogodnym charakterem jakoś nie dawał się utożsamić z buntowniczym Maksem. Ostatnio jednak książka ta często mi się przypomina. I wcale nie dlatego, żeby Młodszy zrobił się nagle jakoś bardziej bojowy. Wcale nie. Maks przypomina mi się, jak patrzę na syna starszego.


Być może to przez swoją obrazkową formę, książka Sendaka jest zaklasyfikowana jako książka dla młodszych dzieci. Rzeczywiście - dużo obrazów i mało, bardzo mało tekstu, książka jakby stworzona dla maluchów. Jednak to, co opisuje, wcale nie musi być udziałem tylko "zbuntowanych" dwu-, trzy-, czy pięciolatków.  Chyba udało mi się dostrzec jej ponadczasowość i uniwersalność opisanej w niej rzeczywistości. Całkiem możliwe, że Maks jest 8,5-latkiem. Całkiem możliwe, że Maks jest dorosły...

A dlaczego skojarzyła mi się z Kocioludkiem?

Obaj chłopcy, po niefajnym starciu z dorosłymi, uciekają do świata zwierząt, mniej lub bardziej dosłownego - jeden w stroju wilka odpływa na wyspę dzikich stworów, aby zostać ich panem i władcą, drugi ze "zezwierzęconą", pomalowaną twarzą odnajduje się na statku Habakuka. Obaj przemienieni, przestają być "tylko" dziećmi, mogą w przebraniu, nie będąc do końca sobą (a więc kimś więcej?) zmierzyć się z tym, co jako "zwykłe" dzieci może je trochę przerasta. U jednego są to uczucia, u drugiego narzucona samodzielność.

Jednak ich podejście do rozwiązania "problemu z dorosłymi" jest zupełnie różne. 
Kocioludek stwarza instrukcję obsługi siebie samego, wg której chce być wychowywany. Idea, choć fajna i dająca pole do współdziałania z dziećmi, to jednak dość fantastyczna i, szczerze mówiąc, nieco zbyt "dorosła", trącąca nowomodnym "przepracowaniem" tematu. Tym samym nienaturalna siłą rzeczy. (Choć rozumiem, co autor chciał przez nią powiedzieć).


Sendak pokazuje dużo bardziej naturalne, instynktowne i pierwotne działanie dziecka (czy tylko?) postawionego w taki, czy inny sposób (okoliczności) pod ścianą. Wrzask, bunt, foch, ucieczka. Porzucenie niewygodnej rzeczywistości. Wytupanie nadmiaru emocji. Przykopanie własnej niemocy. Odegranie się na bardziej (dzikie stwory) lub mniej (młodsze rodzeństwo niestety zapewne czasem) wyimaginowanych istotach sobie podległych. Dzikie fantazje z serii "ja im pokażę!". A jak już para ujdzie - powrót, jak gdyby nigdy nic, na kolację. Jeszcze ciepłą.


Owszem, może to mało dojrzałe zachowanie. Owszem, przynależne dzieciom. Czy tylko?



Maurice Sendak
Tam, gdzie żyją dzikie stwory
wyd. Dwie Siostry 2014
oprawa twarda
ilustracje > tekst



Wydawnictwu dziękuję za książkę.

niedziela, 13 marca 2016

Kocioludek

W związku z niedawną dobrą wiadomością, że Etgar Keret został Polakiem przypomnieliśmy sobie o Tacie, który uciekł z cyrkiem. I o Kocioludku.


Kocioludka poznaliśmy w zenkowej biblioteczce, ale tak nam przypadł do serca, że z okazji jakiejś najbliższej wtedy okazji Brat dostał własnego. Bo własnego Kocioludka warto mieć.
Kocioludek ma duży format i jest fajnie, bardzo kolorowo namalowany prze Aviela Basila. A oprócz tego opowiada ważną i dobrze napisaną historię.

Tata na spacerze z synem w zoo. Ale. Dzwoni telefon i tata musi do pracy, natychmiast. Wciska chłopcu w rękę banknot na obiad i taksówkę i znika. Chłopiec więc zwiedza zoo, odbębniając sam jeden całe spektrum obowiązkowych zoologowych atrakcji: odczytuje informacje o zwierzakach, co lubią, gdzie żyją, zastanawia się, czy w zoo jest im dobrze, sam kupuje i zjada kiełbaskę, daje sobie nawet pomalować buzię. W końcu zmęczony, jako kocioludek długowłosy, zasypia w pustej klatce.


Budzi się na statku Kapitana Habakuku, który zajmuje się wyłapywaniem zwierząt z ogrodów zoologicznych i wypuszczaniem ich w naturalnym środowisku. Na temat każdego z gatunków robi zapiski o ich zwyczajach, niestety nie ma zeszytu z wiadomościami na temat kocioludków. Chłopiec więc musi mu podyktować wszystko, co trzeba o nich wiedzieć: co lubią, a czego nie, jak należy je karmić, jak usypiać, jak zabawiać, co im opowiadać i jak ich słuchać. W końcu Kapitan odwozi także kocioludka do jego środowiska naturalnego, jego własnego mieszkania. Zostawia mu na szczęście zeszyt opisujący zwyczaje kocioludków, który chłopiec może dać tacie, dzięki czemu ich relacje mają szanse się poprawić.



Jasnym jest, że Ketert uczy dorosłych, że należy się ...uczyć o swoich dzieciach. Studiować ich zachowania i zwyczaje i wyciągać wnioski. Stosować zdobyta wiedzę w praktyce, Może po prostu uważnie obserwować i pamiętać. Jednak nie odczytywałabym tej nauki jednostronnie tylko. Wydaje mi się, że uczy także dzieci, że żeby być dobrze zrozumianymi - i dobrze hodowanymi - przez dorosłych, należy czasem dać im podpowiedź i instrukcję obsługi. Owszem, rozważni, idealni dorośli nie potrzebują - nie powinni potrzebować - instrukcji do swoich dzieci. Jednak zwykłym zabieganym dorosłym czasem byłoby łatwiej zajrzeć do notatek.

Mam w domu dwa kocioludki. Jeden nie mówi, jak lubi być hodowany, choć świetnie się złości, jak robimy to źle. A musicie wiedzieć, że hodowla kocioludków z ich wiekiem staje się coraz bardziej skomplikowana. On woli uciekać tam, gdzie żyją dzikie stwory*. Drugi kocioludek, choć młodszy, daje jasne komunikaty, że tego lub tamtego nie lubi, to lub tamto robimy źle. Trzeba przyznać, że takie informacje, uzyskane z pierwszej ręki zapadają głęboko w pamięć i raz na zawsze. Zgadnijcie, z którym kocioludkiem - na tym etapie hodowli - jest nam łatwiej...

Tak więc Keret uczy - i dorosłych, i dzieci - że warto się uczyć siebie nawzajem. Uczyć w sensie studiować naturę drugiej strony, ale i uczyć w sensie nauczać innych o sobie.


* W ogóle Kocioludek bardzo przypomina mi sendakowego Maksa (Tam, gdzie żyją dzikie stwory, Maurice Sendak, wyd. Dwie Siostry 2014). Ale o tym za chwilę.





Kocioludek
Etgar Keret
ilustracje Aviel Basil
wyd. W.A.B.
oprawa twarda
ilustracje > tekst

wtorek, 8 marca 2016

Królowa Śniegu Małgorzata II

Staś czyta Królową Śniegu i Zosia czyta Królową Śniegu. Taki - zimowy wciąż - czas lektur szkolnych. Wpierając się w rodzicielskich zmaganiach z czytelnikami lektur szkolnych rozmawiałyśmy właśnie sobie, kiedy Ania podsunęła mi ze swoich zbiorów baśń Andersena w oryginale. Nie do czytania bynajmniej, bo jednak duński obcy dość, ale do oglądania. 

Autorką ilustracji do tego wydania baśni jest królowa Danii, Małgorzata II. Monarchini znana jest poddanym ze swoich artystycznych pasji. Podobno krytycy bardziej od obrazów cenią jednak właśnie jej ilustracje do książek dla dzieci. Tworzy je w technice kolażu i decoupage'u.

Sama książka powstała na podstawie filmu Królowa Śniegu (2000 r.), w którym poddano animacji wykonane przez Królową Małgorzatę II kolaże. Narratorem w filmie również była królowa, czytająca obszerne fragmenty baśni po angielsku. Co ciekawe, jednym z realizatorów filmu był Kristof Kuncewicz, grafik polskiego pochodzenia.

Tak wygląda Małgorzata II przy pracy:

Zdjęcie stąd
A tak opowieść Andersena widziana jej oczami:











Tak wygląda królewska Królowa Śniegu:


A tak sama królowa Danii Małgorzata II - również w klejnotach:


Królowa Małgorzata II jest niezwykle aktywna twórczo: maluje, projektuje kostiumy i scenografie teatralne, ilustruje książki, a także tłumaczy na duński literaturę francuską.
Dziękuję Ani za królewską ciekawostkę, którą mogłam się podzielić. A przy okazji myszkując, nabyłam rozliczne informacje o duńskiej monarchii (np. wiem już, że najwyższym odznaczeniem duńskim jest Order Słonia ...).






Hans Christian Andersen
Snedronningen
ilustracje - jej Wysokość Królowa Małgorzata II
wyd. JJ Film ApS og 2000
oprawa twarda
ilustracje < tekst
język duński

środa, 2 marca 2016

Udani Nieudani


Wszystkie zdjęcia ze strony Wydawnictwa

Książka dla Młodszych o Nieudanych: Dziurawym, Złożonym na pół, Sflaczałym, Postawionym na Głowie i Felernym. Do niczego się nie nadających. W przeciwieństwie (czyżby?) do Idealnego.

Więc oni niby Nieudani, ale za to książka idealna.
Książka idealna ilustratorsko.
Książka idealna do Rozmowy.
Książka idealna do zastanowienia się.
Książka idealna do wymyślania kolejnych Nieudanych.
- Beznadziejny ten Idealny - podsumował Stasiek.
- Noo, beznadziejny - przytaknął Brat.
Nieudani udani ze wszech miar za to.

I Zenek polubił ich bardzo!



A z Beatrice Alemagną już kiedyś się spotkaliśmy. W Paryżu.


Pięciu Nieudanych
Beatrice Alemagna
wyd. Dwie Siostry 2015
Seria: Polecone z Zagranicy
oprawa twarda
ilustracje > tekst







Wydawnictwu dziękuję za książkę.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Oldskulowy Robin Hood

Dziadkowie robią porządki w piwnicy. I odnaleźli mityczne pudło (o którym była mowa i do którego miałam ochotę się dobrać już jakieś 5 lat temu...) z książkami dziecięcymi Taty. I swoimi również, jak się okazało. I wśród bardziej lub mniej znanej klasyki i szarych wydań z lat 80 XX wieku, które pamiętam i ze swojego dzieciństwa, oczom moim ukazał się śmieszny, oldskulowy Robin Hood. Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że ta śmieszna książka jest ...pop-upem!

Tadaam:




Lakoniczna stopka wydawnicza głosi, co następuje:
Opracowanie graficzne ©1973 J. Pavlin - G. Šeda © 1976 ARTIA Praha
Czyli osiągnięcie wydawnicze naszych południowych sąsiadów. Zresztą Artia wydawała już wcześniej niż w latach 70. trójwymiarowe książki Wojciecha Kubasty.


O ile książka jest śmieszną ramotą i pre pop-upem, fajnym do naszej kolekcji, o tyle do czytania się prawie nie nadaje. Mocno czerstwy tekst, którego kolejne strony właściwie ze sobą nie korespondują, tworząc dość chaotyczne i mocno hasłowe "przygody" Robin Hooda. Ale co tam. I tak fajnie mieć. I fajnie było zobaczyć szeroki uśmiech Taty i Męża z okrzykiem "O! To moje!".

"Will, który odbył już służbę wojskową, wracał do domu, do ojca i swej narzeczonej Maud. Zaraz też wyprawiono wesele, Także Robin Hood poślubił wreszcie swoją Mariannę, siostrę rycerza Allena. Allen znowu pojął swoją piękną narzeczoną. Cała świta Hooda i jego przyjaciele byli na ślubie, który dawał zakonnik. Jakże barwne było towarzystwo, które się tutaj zebrało."


Śledztwo internetowe wykonane naprędce wykazało, że czechosłowaccy autorzy Robin Hooda stworzyli jeszcze inne z tej serii książki: Robinson Cruzoe i Black Beauty (!) - O karym koniku. Jednak najbardziej intrygującym tytułem jest Krysia i zwierzę, którego ilustracja okładkowa jednoznacznie dość wskazuje, że chodzi o ...Piękną i Bestię! To musi być mocne przeżycie.





Robin Hood
J. Pavlin, G. Šeda
wyd. Atria 1976
oprawa miękka
pop-up ;)