Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien

poniedziałek, 28 listopada 2016

Elementarz



Brat uczy się czytać. Taka kolej rzeczy, jak ktoś jest Pierwszoklasistą. No więc uczy się i nawet mu idzie. W domu powinien ćwiczyć. Ćwiczymy więc czytanie. Najpierw w szkolnej czytance (Tropiciele). Jednak cóż to za nauka, gdy wyrazów do czytania tam jest trzy na krzyż, więc po pierwszych dwóch kolejkach już nie bardzo wiadomo, czy ćwiczymy czytanie, czy dobrą pamięć...
Zaczęłam więc poszukiwania innej czytanki. Nie możemy sięgać jeszcze po książki-książki, bo przeszkadza nam w tym brak znajomości wszystkich liter.
Początkowo ratowałam się sylabowym dominem, ale nudno tak, niekolorowo i bez obrazków.

Przy okazji Targów Książki rozglądałam się więc za elementarzem. Jakoś zupełnie nie ciagnęło mnie do wznowień elementarzy niegdysiejszych, reprintów, falskich i innych takich. Widać do tej literatury sentymentu nie mam. Jednak na stoisku Egmontu wypatrzyłam Elementarz współczesny, ze znajomym logo Czytam sobie. I nawet nie chodzi o to, że jakoś bardzo lubiliśmy (ze Staśkiem) tę serię. On najbardziej z niej cenił podserię z faktami, reszta jakoś nie wchodziła. Mnie jednak sam pomysł książeczek o różnym stopniu zaawansowania czytelniczego i mądra ich konstrukcja formalna oraz oczywiście ilustracje bardzo się spodobała.


Elementarz stworzony wg tej samej zasady, w kolejności literowej zbliżonej do szkolnej, za to z o wiele szerszym zasobem słów niż proponowała szkolna czytanka też mi się spodobał. I papier ma miły i ciepły taki. No i oczywiście ilustracje. Tych samych ilustratorów (wielu ulubionych naszych), co seria, często z fragmentami historii z książeczek, nawet naszej ulubionej o wyprawie Amundsena. Widzę w tym nową szansę dla serii - skoro niektórych bohaterów poznamy w Elementarzu, to może i po książeczki potem Brat chętniej sięgnie (zwłaszcza, że nie od dziś objawia inne preferencje czytelnicze niż Stasiek).


No, ale to mnie się spodobało. Co na to Brat. Ponieważ nowe książki zawsze są oglądane przez niego z chęcią i zainteresowaniem od deski do deski tak było i tym razem. Spodobało mu się, rozpoznał Robota Roberta, który był chyba pierwszą czytanką, którą przeczytał mu Starszy Brat. Ucieszył się. Z przychylnością podszedł do pomysłu, że jest to książka do nauki czytania i będzie czytana ...przez niego. Zaczął czytać. 

...Efekt jest taki, że nie chce w ogóle używać szkolnego podręcznika do czytania...

Mam więc nadzieję, że wprawki w klasie i słuchanie czytających na lekcjach kolegów wystarczą do opanowania obowiązkowego materiału.

Jedną z rzeczy, która mnie ujęła na początku była jedna z pierwszych "czytanek". Okazuje się, że nawet gdy zna się tylko dwie samogłoski, można przeczytać stworzoną z nich historię!


Tak więc wszystkim Początkującym Czytaczom serdecznie polecamy czytać sobie Elementarz.

Aaaa! Na samym końcu Elementarza ukrywa się w tajemnej kieszonce malutki zeszycik do pisania sobie literek, potem zdań całych. Szczerze mówiąc nie zauważyliśmy go w ogóle na początku i odkryliśmy całkiem niedawno, że on tam jest.


Elementarz współczesny
Czytam sobie
opracowanie merytoryczne Anna Boboryk
opracowanie graficzne Dorota Nowacka
ilustracje: Ewa Beniuk-Haremska, Zosia Dzierżawska, Emilia Dziubak, Jana Jung, Diana Karpowicz, Tomek Kozłowski, Daniel de Latour, Dorota Łoskot-Cichocka, Marianna Oklejak, Ewa Poklewska-Koziełło, Joanna Rusinek Agnieszka Żelewska
wyd. Egmont 2015
oprawa twarda
ilustracje = tekst

poniedziałek, 14 listopada 2016

Siostry Sisters

I jeszcze jeden. Komiks. Z tego wynika, że jednak nie można narzekać na braki w tym temacie dla młodszych.
Sisters. Siostry. Więc teoretycznie nie dla nas, bo u nas bracia. Brothers. Ale problemy zasadniczo te same. Miłość bez granic. I ciągła wojna. Drobne złośliwości i większe świństewka. Chwile niebywałej harmonii i współdziałania. Z jednej strony pobłażliwa wyższość, z drugiej zapatrzenie-jak-w-obrazek. Fantastyczne zabawy, kończące się nieoczekiwanie awanturami, oraz awantury kończące się nieoczekiwanie fantastyczną zabawą.
Po prostu życie codzienne rodzeństwa.

Jego damską wersję świetnie uchwycili Christophe Cazenove i William Maury. 



Jednostronicowe plansze, krótkie historyjki, scenki właściwie. Śmieszne i zabawne, a czasem ...do bólu prawdziwe. Dostępne są cztery tomy.



P.S. Chyba chwilowo nadrobiłam wszystkie zaległości komiksowe, obiecuję więc, że następnym razem znów będzie o "prawdziwych" książkach.



Christophe Cazenove, William Maury
Sisters 1. Podobieństwo rodzinne
Sisters 2. Będzie zabawa

wyd. Egmont Świat Komiksu 2015
oprawa miękka
komiks



niedziela, 6 listopada 2016

Merlin

Jesienna fala komiksów wciąż się nie cofa.
Pisałam, że czasem przez komiksy dla dzieci trafiam do komiksów dla dorosłych, a czasem jest odwrotnie. I oto niezapomniany autor Kota Rabina w odsłonie bardziej dziecięcej (choć nie tylko i nie całkiem, jak to często w komiksach bywa) Joann Sfar. Komiks o młodym Merlinie. Nastrój jakoś kojarzący mi się z Mikołajkami, choć u Sfara bohaterowie muszą mówić. U niego mówią nawet koty i psy (Sokrates, półpies) i wszyscy są bardzo gadatliwi. Tym razem oprócz Merlina gada też świnia, ale o tym za chwilę. 
Razem z rysownikiem José-Luisem Munuerą, Joan Sfar stworzył historię alternatywną, a właściwie prequel historii Merlina, wielkiego czarnoksiężnika. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jaki był Merlin jako dziecko, sięgnijcie po komiks duetu Sfar - Munuera.


Małemu Merlinowi towarzyszy oczywiście doborowa drużyna: czarnoksiężnik zaklęty w wieprza zwany Szynką oraz ogr Kanapka, który-już-nie-zjada-dzieci. Dalej to, co można spotkać w każdym średniowieczu, opowieściach fantazy i w Anglii - zamki, księżniczki, królowie, szafoty, czary, czarownice, ucieczki i pogodnie. Oraz nagie kobiety, nie da się tego ukryć.



W tomie drugim przyjaciele spotykają Św. Mikołaja - coś w sam raz na zbliżające się coraz bardziej mikołajki. Spotykają go i ...coś jak zwykle idzie nie tak. Dzielni bohaterowie muszą więc wszystko odkręcać, ale efekt końcowy jest zadowalający (i tłumaczy niektóre - wydawałoby się - oczywistości).

Mam nadzieję, że wydawnictwo Znakomite nie straci rozpędu i wyda kolejne zeszyty z przygodami sympatycznej drużyny Merlina, bo na okładkach zapowiadają, ze jest ich sześć. Trzymam kciuki.




Merlin. Tom 1. Kanapka z Szynką
Merlin. Tom 2. Merlin kontra Święty Mikołaj
scenariusz Joann Sfar, 
rysunki José-Luis Munuera, kolory Julia
tłum. Agata Marzęcka
wyd. Znakomite 2016
oprawa: miękka
komiks

niedziela, 23 października 2016

Zrozumieć komiks

A skoro o komiksach często ostatnio.
To było prawie cztery (!) lata temu. W poście po-targowym napisałam:
Fajne komiksy oglądałam. Niebanalne. Mąż mocno zaniepokoił się moim entuzjazmem, z jakim o nich mu opowiadałam...
I cóż mogę powiedzieć... Mąż słusznie się niepokoił, mój entuzjazm nie opadł, wciąż ma się dobrze. Zresztą stopniowo się chyba udzielił i jemu. Półka z komiksami coraz dłuższa. I to nie tylko u chłopaków, ale też ta parę półkowych pięter wyżej, z naszymi. Nie pamiętam, który był pierwszy. pamiętam, że na tamtych targach oglądałam Goliata (którego zresztą nie mamy, ale czasem oglądam go sobie u przyjaciół). Może Kot Rabina?

Z dzieciństwa pamiętam kolekcje komiksów kompletowanych z ostatnich stron Świata Młodych oraz przekonanie, że komiks, to nie literatura i w ogóle dla dzieci. Jakież było moje zdumienie, gdy mocno po ...hymhym...dziestce odkryłam fantastyczny zupełnie świat komiksów nie-tylko-dla-dzieci oraz  nie-dla-dzieci. Właściwie to książki obrazkowe dla dorosłych. Możliwość podziwiania często świetnego rysunku, a nierzadko i całkiem sporej porcji literatury czy wręcz wiedzy. Choć trzeba przyznać, że często do komiksów dla dorosłych dochodziłam przez komiksy dla dzieci (jak od Louisa do Kronik Jerozolimskich, Delisle'a), to teraz czasem zdarza się odwrotnie.  A jeszcze częściej zdarza się, że to, co kupuję SOBIE (i mężowi trochę) chłopaki i tak gdzieś tam wypatrzą i okazuje się, że kategoria nie-dla-dzieci wcale nie jest taka obszerna (noo, dobrze, dotyczy to komiksów, które pojawiają się u nas w domu, a nie wszystkich na całym świecie..).

W sumie to na szczęście odkrycie komiksów przyszło do mnie tak późno, bo do tego czasu zdążono napisać i narysować (!) (Scott McCloud), a nawet przetłumaczyć na polski (Michał Błażejczyk) rewelacyjną, w zasadzie naukową rozprawę pt. Zrozumieć komiks.


Autor świetnie tłumaczy, na czym polega komiks, czym jest komiks, skąd się wziął komiks, jak komiks się tworzy, ale również jak obrazy postrzega nasze oko, jak nasz mózg łączy słowo z obrazem, kiedy jakie obrazy lubiliśmy oglądać... Jednym zdaniem - to wielowątkowy wykład o kulturze, o historii obrazu i historii sztuki przejawiającej się w tej specyficznej formie, jaką jest komiks. W dodatku sam wykład również w formie komiksu, okazuje się świetnie do wykładu się nadającej. Nie ma suchego gadania, wszystko od razu jest pokazane. Wspominam wszystkie wykłady z historii sztuki (i okolic), które dane mi było wysłuchiwać. Jak mieliśmy szczęście okraszone były slajdami (żadne tam prezentacje i filmiki z youtuba!). Gdyby były one w formie komiksu!!


Jeżeli chcecie się dowiedzieć czym właściwie jest komiks, czy zaliczać go do literatury, czy sztuki, czy tylko rozrywki, czy go w ogóle "poważać" bardzo polecam.





Scott McCloud
Zrozumieć komiks
tłumaczenie Michał Błażejczyk
wyd. Kultura Gniewu 2012
oprawa miękka
komiks

sobota, 22 października 2016

Ariol

Poszukiwanie nowych komiksów trwa.

Zupełnie niespodziewanie natrafiłam na rewelacyjny komiks w sam raz dla chłopaków, czyli "o dzieciach dla dzieci" i "o szkole". Nie szkodzi, że dziećmi są zwierzaki. Nawet dodaje to uroku. 

Wyobraźcie sobie muchę chodzącą do szkoły razem z osłem (i tak troszeczkę się w nim podkochującą...), osła przyjaźniącego się z prosiakiem, krowę (jałówkę?) mająca najlepszą figurę w klasie (w której kocha się osioł) itd.

 A poza tym? Samo życie. Życie szkolne, życie podwórkowe, życie z kolegami, życie z rodzicami. A nad wszystkim polatuje widmo Superkonia...


Sporo w Ariolu jest do czytania, właściwie większość akcji dzieje się w warstwie słownej. Stasiek przeczytał, Brat obejrzał, ale uznał, ze "idą i gadają" oraz westchnął, że bardzo już chciałby umieć czytać wreszcie. Całość podzielona jest na osobne rozdziały - historyjki. Dodatkowym plusem jest niewielki format, w sam raz do zabrania ze sobą gdzieś.
Zwierzaki wydają się jakby znajome - wyrysowane są przez Marca Boutavanta, autora Muka, który od lat już podróżuje z nami dookoła świata. 




Emmanuel Guibert
ilustracje Marc Boutavant
ARIOL
Wszyscy jesteśmy osiołkami
Byś jak Superkoń
wyd. Adamada 2016
oprawa miękka
komiks

wtorek, 18 października 2016

Szklane miecze

Komiksy rządzą. 
O ile Stasiek nie połknął wciąż bakcyla czytania, to czytanie komiksów jest jakby poza kategorią. Komiksy czyta. Jest w stanie zasiąść nawet do Kronik Jerozolimskich. Bo komiks.
Brat za to wciąż jeszcze nie czyta, ale pasjami ogląda. Komiksy do oglądania nadają się jak mało co, więc też pasjami ogląda komiksy. Czasem jeszcze udaje mu się namówić tatę na czytanie i wtedy już pełnia szczęścia. Czytają i oglądają wszystko po kilka razy, wciąż na nowo. 
Ja też czytam komiksy. Te chłopaków i te "dorosłe". Przez autorów komiksów dla dzieci odkrywam komiksy dla starszych. I odwrotnie.
Poszukuję więc nowości i starości. Czasem coś mi wpada w oko. Najfajniej jest, jak uda znaleźć się coś, co podoba się nam wszystkim. Na różnych poziomach. Bo oczywiście bawią mnie Asteriksy, z nostalgia sięgam po Kleksa i Jonków, ale fajnie byłoby jednak coś nowego i atrakcyjnego.


Ostatnio udało mi się takie znalezisko. Początkowo myślałam o sobie i kiedyś w przyszłości dopiero o chłopakach, ale porzucone zeszyty wpadły w oko Bratu, który zachwycił się bardzo. W jego ślady poszedł Stasiek i podczytuje.

Szklane miecze. Bardzo komiksowa historia, fantastycznie narysowana. Cztery zeszyty. Cztery miecze. Świat zapełniony fantastycznymi zwierzętami i stworzeniami z detalami wyrysowanymi przez Laurę Zuccheri. W ogóle to "damski" komiks, bo autorką scenariusza jest Sylviane Corgiat, a za kolory odpowiedzialna była Silvia Fabris. A kolory też są obłędne.


Ciekawe fantasy w świecie zmierzającym do końca, w którym oczywiście pojawia się szansa na ratunek. Pierwszą bohaterką, którą poznajemy, jest dziewczynka o imieniu Yama, ale ponieważ mieczy jest cztery, to w kolejnych tomach pojawiają się kolejni bohaterowie. Jest oczywiście stara przepowiednia i zbieranie drużyny, i inicjacja, i zemsta i stara historia skłóconych przyjaciół, która staje się znów aktualna, i źli, i dobzi, ucieczki, pogonie, wyzwania i nagłe zwroty akcji. Czyli wszystko, za co lubimy fantasy. A to w dodatku jest naprawdę dobrze narysowane. Dziewczyny na prawdę dobrze się spisały.






Szklane miecze:
Yama, Ilango, Tigran, Dolmon
Laura Zuccheri, Sylviane Corgiat, Silvia Fabris
wyd. Egmont Świat Komiksu 2016
oprawa miękka
komiks

poniedziałek, 10 października 2016

Pamiątka z Rumunii

Można stamtąd przywieźć haftowane bluzki. Drewniane miski. Słomiane kapcie. Ceramikę. Tkane dywaniki. Swetry z owczej wełny. Jeszcze więcej haftowanych bluzek. Ewentualnie konterfekty Hrabiego Drakuli na wszelkich częściach odzieży lub przeróżnych sprzętach, magnesach na lodówkę, kubkach, torbach lub jako przerażające maski. Być może udałoby się nawet znaleźć bluzkę harfowaną z Drakulą.

Haftowane bluzki zdarzało mi się przywozić z Rumunii. I jeden sweter. Nawet Drakula się zdarzył. Jednak nigdy nie brałam pod uwagę, że moją pamiątką z tego kraju będzie książka. W dodatku pop-up. W dodatku wcale nie rdzenno rumuńska (traktująca np. o haftach). Aczkolwiek po rumuńsku.

Z ostatnich rumuńskich wakacji przywiozłam pop-up Davida A. Cartera. Jej bohaterem jest żółty kwadrat. A właściwe galben pătrat.



David Carter jest mistrzem pop-upów, m.in. zadziwiających, abstrakcyjnych instalacji papierowych, których bohaterami są żółte kwadraty, czarne kropki, czerwone kółka, niebieskie dwójki...

Cudawianki niejednoznaczności, abstrakcja goni sztukę, do tego często dochodzi motyw poszukiwania. Wally jest kwadratem, albo kropką, ale zabawa przez to wcale nie jest mniejsza.

Dreptałam wokół jego książek już od dawna. Ale zawsze było coś innego, coś bardziej czytelnego, coś "wyglądającego", nie jeden raz coś po prostu tańszego... Jego książki wciąż czają się w różnych schowkach zakupowych i wishlistach.

Mgła artystyczna. I żółty kwadrat.
Trapez wujka Theo. I żółty kwadrat.

Tymczasem w księgarni w Braszowie po prostu był. Żółty kwadrat. W dodatku za jakąś niewiarygodną cenę nie-do-uwierzenia. Trzeba było rozpakować pół bagażnika, żeby bezpiecznie ją ukryć gdzieś na dnie, żeby dojechała szczęśliwie do domu. Pamiątka z Rumunii. Także taka, że Pierwsze Oglądanie było na wieczornym biwaku, na tej fantastycznej łące z widokiem na zachód słońca, co z tego, że również z atakiem latających mrówek... Pamiątka i jej kontekst równie abstrakcyjne i odjechane, jak papierowa inżynieria pana Cartera.


To jest krowa skacząca przez księżyc. I żółty kwadrat oczywiście!
Krowa, to po rumuńsku vaca.







Galbe pătrat / Yellow square
David A. Carter
wyd. Grup Editorial ART S.R.L. 2008
pop-up



niedziela, 18 września 2016

Hieronymus

Tym razem nie miałam żadnych sprecyzowanych pragnień wybierając się Tam. Tam niemieckojęzyczne, my niespecjalnie władający, marzenie w postaci popupowego kreta wciąż nie wznowione, chłopcy coraz starsi...
Ale jak zobaczyłam, wiedziałam, że to TO.
Po pierwsze Autor. Thé Tjong-Khing jeden z najbardziej ulubionych. Zresztą jego torty też przywoziłam Stamtąd, czyli tradycja taka.
Po drugie temat. Hieronim Bosch dla dzieci?! No bajka po prostu. Jeden z bardzo ulubionych niegdyś malarzy, jeden z najdziwniejszych w historii. I to cudowne zderzenie z tym "co lubią dzieci" (przynajmniej wg niektórych).
Po trzecie wystawa. Ta w Madrycie, której nie miałam szans zobaczyć i ta w Berlinie, na którą z zacięciem się wybieram.
Kupiłam więc, sobie i Bratu, który wiernym oglądaczem obrazkowym wciąż jest.

Oniryczna wędrówka przez świat zapełniony stworami z obrazów Hieronima Boscha. A jednocześnie wędrówka przez świat stworzony przez Thé Tjong-Khinga. Świata, do którego całkiem zwykły chłopiec w pasiastej koszulce całkiem zwyczajnie wpada.



Razem z plecaczkiem, piłką, czapką z piórkiem i zwojem linki. Jak zwykle u Mistrza Tortów żadna z tych rzeczy nie jest bez znaczenia, każda będzie miała swoje pięć (lub więcej) minut. Wszystkie one (poza linką - na szczęście!) natychmiast znajdują nowych właścicieli, czy też natychmiast znajdują się potencjalni nowi właściciele, którzy chcieliby je posiąść. Chłopiec rusza więc śladem swoich zagubionych rzeczy. Tymczasem w okolicach, które mija, dzieją się rzeczy dziwne i straszne. Rodzice opłakują zaginione dzieci, sukienka w groszki gwałtownie zmienia właścicielkę, wybuchają pożary, szerzy się przekupstwo i podstęp, a duże ryby zjadają małe... W końcu i chłopcu grozi poważne niebezpieczeństwo, z którego jednak sprytnie udaje mu się wywinąć, a przy okazji pomóc innym. Znów dzięki przypadkowym-nieprzypadkowym przedmiotom, które w całej opowieści wciąż zmieniają właścicieli i których wędrówkę zaczynamy śledzić na równi z przygodami chłopca, cofając się wciąż i wciąż w poszukiwaniach.





A jakby komu było mało jest jeszcze wyklejka, którą można potraktować, jako listę rzeczy i postaci do odnalezienia (za ten trop dziękujemy Agacie!).
A jak będzie nadal niedosyt, zawsze możecie poszukiwać postaci Thé Tjong-Khinga na prawdziwych obrazach Boscha!





Zachwyciłam się tą książką szczerze i bardzo. Jest rewelacyjna i w mój ulubiony sposób przekazuje wiedzę - mimochodem.
Polecamy więc małym i dużym w tym roku 500. rocznicy śmierci mistrza van Aken zwanego Boschem. I jeśli lubicie, rozglądajcie się uważnie, bo okołorocznicowch wydawnictw z najróżniejszych kategorii pojawiło się więcej.
500 lat! Pół tysiąclecia! A jego obrazy nadal intrygują i inspirują.



Hieronymus
Thé Tjong-King
wyd. Moritz Verlag 2016
oprawa twarda
książka obrazkowa

Książka z paskudnymi kolorami (ale jednak kolorami!), którą posiłkowałam się w porównaniach to W kręgu sztuki. Hieronim Bosch, opr. Anna Boczkowska, wyd. Arkady 1974.

poniedziałek, 5 września 2016

Pan Samochodzik

Trzecie pokolenie. Co najmniej. Zamiera z uwagą nad kolejnymi tajemnicami i nagłymi zwrotami akcji. Śledzi w napięciu. Przyswaja trudne słowa i fakty historyczne mimochodem. Albo chichra się ukradkiem odkrywając przeterminowane już nieco realia.

Jak złagodzić nużące długie przejazdy wakacyjne? Audiobookiem oczywiście, w naszym przypadku przynajmniej. Jednak kiedy już wszystko zostało sześć razy przesłuchane, a "grajki" kolejny raz się rozładowały, jak nie jednemu, to drugiemu pasażerowi, więc następuje próba wrogiego przejęcia na tylnym siedzeniu... Ratunkiem jest słuchanie wspólne ogólnosamochodowe. No, ale rodzice też już wiele słyszeli, czasem tysiąckrotnie, czasem reagują już alergią i agresją (np. na Mikołajka)... Zupełnie niespodzianie w sukurs przyszedł katalog znaleziony gdzieś w telefonie, na czarną godzinę ukryty. Pan Samochodzik. Po rozwianiu wstępnych wątpliwości czy to aby nie bajka dla maluszków rodem ze świata samochodów z oczami - kompletna kontemplacja. Cisza absolutna. Brak chęci opuszczania samochodu. Nawet mrożące krew w żyłach serpentyny Trasy Transfogaraskiej nie były tak ekscytujące, jak to, czy panu Tomaszowi uda się ująć Malinowskiego...

Bo akurat to był Pan Samochodzik i Templariusze. Wchłonięte bez chwili przerwy (jakby się dało). Potem cofnęliśmy się do początków i Wyspy Złoczyńców (musieliśmy znów przejechać całą Polskę w drodze do dziadka). Wiemy już skąd się wziął dziwny wehikuł, wiemy kim był Wuj Gromiłło. 

Słuchali chłopcy, słuchaliśmy my. Tata zasłuchał się do tego stopnia, że pod nieobecność dzieci nielegalnie podsłuchał Księgę Strachów, zakupioną na osłodzenie końca wakacji. Wychwytywaliśmy (my starsi) nieścisłości i zmiany koncepcji (np. w niezwykle ważnym aspekcie adaptowania wehikułu do amfibii), podśmiewaliśmy się z lekko nadętych deklaracji wiary w działalność tych czy innych służb, wykładów o osiągnięciach radzieckich naukowców, czy też prób Pana Tomasza zrobienia wrażenia na kobietach...
Fajnie było. Szukamy kolejnych części. Te czytane przez Wojciecha Malajkata naprawdę świetne. Zwłaszcza gdy pan Tomasz bywa urażony, kąśliwy lub ...czarujący.

Dodatkowym bonusem było wyświetlanie w dziadkowym kinie domowym serialu... ale nawet Stasiek zorientował się, że pod zamkiem w Radzyniu nie ma żadnego jeziora!

Trzecie pokolenie. Co najmniej. Jak opowiedzieliśmy ostatnio przyjacielowi, czego słuchamy, to przyznał się, że zawód wybrał pod silnym wpływem. To że jeździ bardzo dziwnym samochodem to zapewne też nie do końca kwestia przypadku.

Wykopalisko, ale jakże trafione (po raz kolejny). Realia nie mają żadnego znaczenia, liczy się PRZYGODA!. Prawie 6-latek zasłuchany na równi z prawie 9-latkiem i Tatą.


Zbigniew Nienacki
Pan Samochodzik i Wyspa Złoczyńców
Pan Samochodzik i Templariusze
Pan Samochodzik i Księga Strachów
czyta Wojciech Malajkat
wyd. Bellona
CD mp3

sobota, 3 września 2016

Letnie klimaty - Sanatorium

Książka testowana na dziecku +-6, rodzicach +-40, dziadkach i cioci 70+. Wynik 4:2 dla książki.
Bajkowe Sanatorium Doroty Gellner z ilustracjami Adama Pękalskiego.

Jako rodzice w wieku zdecydowanie jeszcze przedsanatoryjnym nie złapaliśmy bakcyla. I myślę, że nawet nie z powodu od-zawsze-niechęci do historii rymowanych, ale właśnie ze względu na nieznajomość kontekstu, nie łapanie żartów, brak bazy danych doświadczeń. Jakieś mgliste wspomnienia z odwiedzin u babci w Ciechocinku, spacery po sennym parku zdrojowym, czy podglądane z tarasów dancingów odbywających się o 15 to za mało, żeby pojąć, docenić i polubić. Odpadliśmy w przedbiegach. Za to Ciocia! Bywalczyni Buska Zdroju zadowolona i ubawiona. A dziadkowie, miłośnicy gorących wód? Nie mniej rozbawieni, mogli czytać ciągle w kółko (na zmiane z Ciocią). A Brat? Cytuje całe fragmenty rymowanek łatwo wpadających w ucho. Cała czwórka delektowała się urokami Sanatorium podczas wspólnych wakacji i nawet nie pojechali do Rabki, Rabki Zdrój oczywiście, choć mieli mniej niż 20 km.

Krótkie  zabawne, rymowane opowieści o pensjonariuszach korzystających z wszelkich (także tych niedopowiedzianych) atrakcji sanatoryjnych charakterystycznie i charakternie (oraz dopowiadająco nieco) zilustrował Adam Pękalski.


Jeżeli szukacie wspólnej rozrywki dla mało- i dużoletnich, zwłaszcza na wspólne wyjazdy wakacyjno-kuracyjne - polecamy.







Sanatorium
Dorota Gellner
ilustrował Adam Pękalski
wyd. Bajka 2015
oprawa twarda
tekst = ilustracje






Wydawnictwu dziękuje za książkę.