Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien

czwartek, 9 kwietnia 2015

Znów w labiryncie

Kolekcjonerstwo. Radość i zguba nasza. Moja. Prawo serii. Reakcja łańcuchowa. Lekkie naloty manii. Prawdopodobnie ciut zakupoholizmu. Napędzanego, rzecz jasna manią, kolekcjonerstwem, prawem serii, reakcją łańcuchową... 
A potem upychanie i chomikowanie. Żeby można było wyciągnąć w razie potrzeby, wtem, nagle a niespodziewanie, ratunkowo w razie ataku nudy, choroby, smutku, niespodziewanej okazji albo ot tak, bo tak. Czasem też przypadkiem, bo jak wiewiórka, zapominam co to tam tak upchnięte...

Początek roku zaczęłam opisem naszych labiryntowych gier. Temat raz obudzony zaowocował w krótkim czasie upchnięciem w schowkach dwóch nowych gier Ravensburgera, opartych na znanym i lubianym motywie. Z okazji kolejnego wiosennego przeziębienia Staśka wychynęły z zakamarków. Staśkowi wychynęły, bo jednak te dwie wersje są dla  nieco starszych.

Ponieważ zostaliśmy w domu we dwoje, najpierw zdecydowaliśy się na pojedynek.




Jeden na jednego, dwóch czarnoksiężników szuka drogi w labityncie, aby zdobyć magiczne przedmioty. Każdy ma swoją planszę, swój labirynt, wspólne są cele, ale zdobyć każdy z nich może tylko jeden z czarodziejów. Kto pierwszy ten lepszy. Czas start.


Na planszy układamy losowo kafelki z fragmentami labiryntu. Jednego brakuje. Dzieki temu możemy nasz labirynt przesuwać tak, aby ułożył się w drogę. Pamiętacie układankę w ramce, gdzie należało ułożyć liczby w kolejności? A jak się udało, na odwrocie pojawiało się hasło - jedno z moich ulubionych - "Udało mi się, brawo!"? To ta sama zasada.

zdjęcie jest stąd

Każda plansza ma dookoła przedstawienia magicznych przedmiotów. Takie same przedmioty widnieją na 16 kartach. Losujemy pierwszą kartę i na takim przedstawieniu na planszy ustawiamy naszych czarnoksiężników gotowych do wyścigu. Następnie należy wylosować kolejną kartę - to nasz cel. Czas start. Kto pierwszy przesuwając swoje kawałki labiryntu ułoży bezbłędnie drogę do celu - zabiera kartę i punkt. Pole, na którym wylądował jest teraz polem startu do poszukiwania kolejnego przedmiotu. Przeciwnik startuje w drugiej rundzie z miejsca, na którym został w rundzie poprzedniej.
Oczywiście kafelków nie można przekładać, ale ponieważ ułożenie kafelków ma być losowe (możemy układać je do góry dnem, a potem obrócić) czasami może się zdarzyć, że nie daje się ułożyć dobrej drogi, bo np. wszystkie zakręty ułożyły się w tę samą stronę. Możemy wtedy komisyjnie skorygować ślepy los.


Jeśli brakuje przeciwnika, można samemu grać, stawiając przed sobą kolejne cele i ćwicząc układanie labiryntu.
Jak zwykle w tej serii urzekła mnie staranność wykonania gry. Plansze są sztywne, kafelki dobrze do nich dopasowane, a figurki czarnoksiężników uroczo szczegółowe.

Rozgrzani pojedynkami sięgnęliśmy po jeszcze jeden zachomikowany labirynt.
W dużo mniejszym pudełku znajdują się "tylko" karty z labiryntami. Dużo kart z labiryntami. I kolorowe kluczyki. Moim zdaniem ta gra jest trudniejsza. Jest to gra, w która można grać bez użycia rąk. Samymi oczami. Miejsca też nie wymaga dużo, więc mogłaby być grą podróżną. Konieczny jest tylko równie wygodny dostęp wszystkich graczy do karty z labiryntem (nie są bardzo wielkie: 13 x 9 cm).


Ze stosu kart losuje się jedną i kładzie tak, żeby wszyscy gracze równie dobrze mogli przyglądać się labiryntowi. Wszyscy gracze równoczesne pędzą wzrokiem przez korytarze labiryntu i próbują jak najszybciej policzyć, ile skrzyń ze skarbami jest dostępnych poczynając od wejścia do labiryntu. Niektóre korytarze zagradzają czaszki, niektóre są zamknięte tajemniczymi drzwiami.
Pierwszy gracz, który jest pewien ile skrzyń można dobyć, szybko przybija ręką kartę i podaje liczbę. Następnie sprawdza na odwrociu, czy ma rację, ale tak, żeby nie pokazać rozwiązania innym graczom, bo jeśli się pomylił, oni mogą grać dalej (w przypadku gry w dwie osoby odkładaliśmy taką "spaloną" kartę na bok). Jeśli gracz miał rację zabiera kartę labiryntu, jako punkt i losuje się następną. 
Po zdobyciu drugiej karty gracze otrzymują nagrody przy zdobyciu kolejnych punktów - kolorowe klucze. Ale, ale. Taki kluczyk to ...haczyk. Bo gracz, który ma  np. zielony kluczyk, licząc skrzynie musi podać ich liczbę w dostępnych korytarzach, także tych za zielonymi drzwiami. A jak ma kluczyk zielony i czerwony, to za drzwiami zielonymi i czerwonymi, a jak ma jeszcze niebieski... Dla każdego labiryntu obowiązuja więc cztery rozwiązania, w zależności od ilości kluczy posiadanych przez poszczególnych graczy. 
Kto zdobędzie trzy kluczyki i pięć kart - wygrywa.

Proszę bardzo, możecie sami spróbować:


Zastanawiałam się, czy karty nie są zbyt małe (13 x 9 cm), zmeczonym oczom małe skrzynie ze skarbami i trupie główki mogą skakać przed oczami. Jednak tak małą kartę można całą objąć wzrokiem, na większej prawdopodobnie tracilibyśmy z oczu końcówki korytarzy (i skarby). Jednak zdecydowanie jest to gra dla bystrzaków i sokolich oczu. Graliśmy w nią póki co tylko we dwoje, wtedy można modyfikować ilość puntów, które należy zdobyć aby wygrać kolejne klucze i rozgrywkę.

Labyrinth - Duel
wyd. Ravensburger 2009
Marco Teubner, ilustracje Joachim Krause
1-2 graczy, 8+

Labyrinth
wyd. Ravensburger 2012
Gunter Baars
ilustracje Joachim Krause
2-6 graczy, 7+


1 komentarz:

  1. Fajna sprawa:)

    P.S. Już się troszkę stęskniłam za kolejnym wpisem;)

    OdpowiedzUsuń