Książkę o królewnie i goblinie odkryłam dopiero, gdy zobaczyłam muchomorowe zapowiedzi. Przyznaje się bez bicia - poszłam na lep "recenzji" C.S. Lewisa. I "newsa",że Tolkien też czytywał Georgea MacDonalda. Cóż, to najwyraźniej moja słaba strona - chustę dla dziecia też kupiłam raz, jak zobaczyłam jej porównanie do płaszczy, jakie Hobbici dostali od Galadrieli... Tak czy śmak jednak, jak ktoś pisze, że MacDonald stworzył podwaliny gatunku zwanego fantastyką, uznałam, że wypadałoby się z nim zapoznać.
Na szczęście w sumie nie zapoznałam się wcześniej, bo teraz mogłam się zapoznawać na egzemplarzu muchomorowym właśnie, który swoją postacią bardzo przypadł mi do gustu. Prawie.
Plusy: poręczny format, sympatyczna grubość, dobry papier, świetne ilustracje Piotra Bednarczyka. Książkę bardzo dobrze się czyta, a więc ukłony należą się również tłumaczce - Magdzie Sobolewskiej.