Wielka letnia (właściwie to gorąca i upalna) wakacyjna dziura ziejąca pustką.
Spadłam na jej dno, a teraz, mam nadzieję, unoszona rześką bryzą o zapachu łąki i wolnego czasu wreszcie się z niej wynurzam. Przepraszam wszystkich, którzy tak długo czekali. Dziękuję wszystkim, którzy tak długo czekali.
Zaległości tyle, że nie wiadomo od czego zacząć, niektóre nawet zdążyły rozpuścić się z gorąca i wyparować. Gdzieś tam pomiędzy datą dzisiejszą, a ostatnią odbył się koniec szkoły, o tyle rozmyty w codzienności, że następne dwa tygodnie odbywaliśmy jeszcze lato-w-mieście (i szkolnej świetlicy). Tymczasem wakacji już prawie półmetek. No, ale szkoły koniec był. Na koniec roku książkowe nagrody - oczywiście "zupełnie przypadkiem" zapomniane przy pakowaniu na wakacje kurzą się gdzieś na drugim końcu Polski na równie zakurzonym biurku. Nie, żeby były złe (w końcu sama maczałam palce w klawiaturze, żeby takie nie były), ale wciąż książka pełna tekstu i objętości nie budzi jeszcze zaufania i euforii.
Ja jednak nie byłabym sobą, gdybym własnym sumptem nie ufundowała własnych nagród na zakończenie roku, oczywiście książkowych (skaranie z taką matką). Litościwie jednak postawiłam na wydawnictwo lżejsze i bardziej wakacyjne, o tematyce zbliżonej do ulubionej. Choć mimo wszystko kupiłam książkę o szkole. Akademia Jedi, Jeffrey Brown.
Ja jednak nie byłabym sobą, gdybym własnym sumptem nie ufundowała własnych nagród na zakończenie roku, oczywiście książkowych (skaranie z taką matką). Litościwie jednak postawiłam na wydawnictwo lżejsze i bardziej wakacyjne, o tematyce zbliżonej do ulubionej. Choć mimo wszystko kupiłam książkę o szkole. Akademia Jedi, Jeffrey Brown.