Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starszaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starszaki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 listopada 2018

Bańka

Poruszająca książka dla nastolatków, ale myślę, że i dla rodziców tychże dziwnych stworzeń - Bańka Siri Petersen.
Sięgnęłam, bo dobrze mi się czytało/słuchało frapującego fantasy tej norweskiej autorki, serii o Kruczych pierścieniach.

12-letnia Kine musi chodzić do szkoły. Musi chodzić na pływalnię, której nie znosi. Musi żyć w małym nudnym miasteczku. Jeździć autobusem śmierdzącym czosnkiem. Znosić głupie przezwisko. I spleśniałą kanapkę w kieszeni plecaka. Chude mleko do płatków i zimową kurtkę, zamiast ulubionej. Musi żyć z mewią matką i ojcem w ubraniu z rozczarowań (świetne określenia!). W ogóle, dużo MUSI. Pasmo nieszczęść. Najlepiej byłoby to wszystko rzucić w cholerę.
Po prostu zwiać i żyć własnym życiem. Robić to, czego sama by chciała, uczyć się tego, na co by miała ochotę, a resztę chrzanić. Czy przypadkiem wszyscy ludzie nie rodzą się wolni?
Ale gdzie by mieszkała? Z czego by żyła? Musiała przecież jeść. A żeby dostawać jedzenie, musiała mieszkać w domu, a żeby mieszkać w domu musiała chodzić do szkoły. Co to za zasrany świat, w którym zmusza się dzieci do pływania, żeby mogły jeść?!
Z fantastycznym wyczuciem autorka opisuje cały skomplikowany system przemyśleń nastolatki. Wszystkie te logiczne nielogiczności, emocje, złość, złośliwość, rozczulanie się nad sobą. Już w tym miejscu jest to pouczająca lektura dla rodziców. Jak codzienny foch może wyglądać od środka, w głowie tego, co focha strzela. Co gorsza, jak obrażony nastolatek postrzega nas. Kine ma najzwyklejszych rodziców. Żadna patologia, żadne zaniedbanie. Zwyczajne małżeństwo. Oboje pracują, chyba lubią swoją pracę. W oczach córki - włochaty orangutan i marudna mewa, odpowiedzialni za większość straszliwej "niedoli" w jakiej się znalazła oraz oczywiście za to, że nic jej nie wychodzi.

Los jednak się odmienia i Kine znajduje dziwną szklaną kulę, która w magiczny sposób powiększa się tak bardzo, że dziewczynka może się w niej ukryć. I nikt inny nie ma do niej wstępu. Miejsce idealne, zwłaszcza, gdy odkrywa, że bańka potrafi także spełniać życzenia i można dostać wszystko, o co się poprosi, łącznie z kibelkiem i klejnotami koronnymi. Bez wychodzenia. W takiej bańce jest bezpiecznie. Można nawet porozmawiać z rodzicami. Albo pójść do szkoły. A nawet na pływalnie. Można też nurkować w wodzie i latać w kosmosie. I wszystko jest wreszcie super. Do momentu, kiedy okazuje się, że z bańki nie da się już wyjść.

Oczywiście Bańka to jednak bajka, wiec wszystko się dobrze kończy. Ale zanim się dobrze skończy jest groźnie, strasznie, ponuro. Jest też akcja i punkt kulminacyjny. A wszędzie pomiędzy - opowieść o dojrzewaniu, umiejętności przyznania się do błędów i przepraszania za nie, umiejętności spojrzenia dalej, niż na czubek własnego nosa.

Lektura zarówno dla tych nastoletnich, którzy marzą o własnej bańce i świętym spokoju, jak i dla tych, którzy muszą z nimi żyć.








Siri Petersen
Bańka
tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski
wyd. Rebis 2018
okładka twarda


poniedziałek, 15 stycznia 2018

Nakręceni


Jak wiadomo jestem z tych, co jednak sądzą książkę po okładce. No, może nie sądzą, ale często wybierają. Ta najnowsza mi się skojarzyła z serią Uroczysko, jak tylko mi gdzieś mignęła. Wystarczyło. Chociaż Nakręceni (Cogheart) nie mają w środku ilustracji i podobieństwo kończy się na okładce. 

Najważniejsze, że się nie zawiodłam. Opisywana, jako wiktoriańska przygoda dla nastolatków opowieść rzeczywiście osadzona jest w Anglii czasów sterowców i zegarów. Choć bardziej niż wiktoriańska wydaje mi się steampunkowa i przypomina ghibilowe filmy z dziwnymi maszynami i robotami. (I nie bez przyczyny - autor przyznaje się, ze jednym z jego ulubionych filmów jest Laputa). Jak zwał tak zwał, ważne, że wciąga. Historia 13-letniej córki wybitnego wynalazcy, którą nagle dopada Tajemnica, ma wszystko, co trzeba, aby stała się naprawdę ciekawą powieścią. Jest tu więc rzeczona Tajemnica, groza, pościgi, ucieczki, nowi przyjaciele, starzy wrogowie, starzy przyjaciele, którzy stają się nowymi wrogami... I jest również mechaniczny lis.




Ciekawy świat stworzony przez Petera Bunzla ma duży potencjał i będzie kontynuowany w kolejnej części, Moonlocket (Księżycowy medalion).

Warto zajrzeć także na stronę autora, która jest niemal tak samo ciekawa jak sama książka. Przeszukując kolejne zakładki znajdziecie nie tylko informacje o autorze i książkach, ale także gry, kolorowanki, przepis na wykonanie własnego wiktoriańskiego zoetropu (sami sprawdźcie, co to!) czy animacji, albo sposób na napisanie własnej wiktoriańskiej powieści grozy. A jeśli jesteście nauczycielami, znajdziecie tam gotową lekcję na postawie książki.

A ja się dowiedziałam jeszcze, że to właśnie Peter Bunzl jest twórcą ulubionej niegdyś przez chłopców kreskówki dla najmłodszych Yoko Jakamoko Toto, bo oprócz pisania książek zajmuje się również animacją.






Peter Bunzl
Nakręceni
projekt okładki i ilustracje Becca Sadtlander
tłumaczenie Tomasz Ilg
wyd. Akapit Press 2017
oprawa miękka



wtorek, 16 maja 2017

Mitologia nordycka

Lubię mity, mitologie. Staram się chłopakom podkładać tu i ówdzie, bo wszak na mitach stoi cała kultura. Jednak nie każde mity, czy mitologie daje się czytać czy słuchać. Zwłaszcza, jeśli zarys historii znamy, a kolejna odsłona nie potrafi porwać nas na nowo. Warto więc szukać mitologii dobrze napisanych.

Przypadkiem trafiłam na Mitologię nordycką napisaną (na nowo? po raz kolejny?) przez Neila Gaimana i nie wahałam się długo. Zwłaszcza, że biegłości w posługiwaniu się północnymi opowieściami dowiódł już w historii o Oddzie i lodowych Olbrzymach, którą bardzo polubiliśmy. Postanowiłam nadrobić zaległości, bo o ile w ogólnych zarysach niby wiem i pamiętam, to w szczegóły tak na prawdę chyba nigdy się nie zagłębiałam. I tak wyciągnięta na majowej trawie i słonku, w rzeczywistości zupełnie innej niż dalekie mroźne krainy północy czytałam sobie.
Po jakimś czasie okazało się, że czytam również chłopakom, w zwłaszcza Bratu, który jak się dowiedział, co czytam, strasznie się zaciekawił. Przeczytaliśmy więc skąd Thor ma swój słynny młot i jak Odyn stracił oko. I jeszcze kilka historii. Nie przeszkadza mi, że zainteresowanie bierze się nie skądinąd, tylko z przygód Avengersów, których, jeśli sam jeszcze nie widział, to na pewno rozmawiał o nich w szkole i orientuje się lepiej ode mnie (która wszystkie części oglądałam, a jakże, a Loki na zawsze chyba będzie miał dla mnie twarz Toma Hiddlestona). Ważne, że pyta, że chce słuchać. Nie tylko o Thorze. Co było pierwsze, mity czy Avengersi, ogarnie z czasem.

Okazało się, że mitologia nordycka napisana przez Gaimana i przetłumaczona przez Paulinę Braiter jest książką, którą dobrze się czyta. Język jest współczesny i żywy, wygodny do czytania. A jednocześnie przenosi nas w tamten świat, ma swój nastrój i klimat. Tu pewnie zasłużone ukłony należą się także tłumaczce. Opowieści nie epatują ani okrucieństwem (choć nordyccy bogowie do grzecznych misiów nie należeli), ani innymi mitologicznymi uciechami nieodpowiednimi dla młodocianych. Właściwie nie trzeba jej cenzurować. 
I tak z książki dla mnie zrobiła się książka dla nas. Takie lubię najbardziej.




Neil Gaiman
Mitologia nordycka 
tłumaczyła Paulina Braiter
wyd. MAG 2017
oprawa twarda
tekst

czwartek, 9 lutego 2017

Komiks nawet w kuchni

Nie jestem miłośniczką gotowania. Jak zrobię obiad dwudaniowy, moja rodzina pyta z troską, co się stało. Bezgraniczną miłością darzę szybkowar, który gotuje za mnie. Czasami oczywiście miewam napady weny kulinarnej, ale jednak nie za często. Żeby nie było, żem beztalencie całkiem - talent mam, ale nie używam - umiem nawet pokonać udziec z dzika. Zdecydowanie wolę czytać niż gotować. I żeby wszystko było jasne, czytanie o gotowaniu również mnie nie kręci. Po tych wyznaniach wróćmy więc do książek.


Z racji powyższego oraz okresowych napadów żalu (do siebie i małej powierzchni kuchennej), że nie nauczam moich synów sztuki kulinarnej (moje przyszłe synowe będą musiały z tym także się pogodzić), zakupiłam, chyba pierwszy raz w życiu, książkę kucharską (jakby) do użytku dla dzieci. Z niejaką nadzieją, że i na mnie wpłynie pozytywnie. Oczywiście głównym powodem jest to, że to jednak książka oraz w dodatku komiks.
Wpadłam na nią przypadkiem, w wersji angielskiej, ale udało mi się opanować pierwszy odruch bezwarunkowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka dni później szukając zupełnie czegoś innego, natknęłam się na ten sam tytuł w wersji polskiej.

Tytuł... no właśnie tytuł brzmi Krój, gotuj, WOW (po ang. Chop, sizzle, WOW). Pomińmy zatem tytuł.


Wewnątrz mamy przepisy kuchni włoskiej - pojawiająca się w podtytule Srebrna łyżka to podobno biblia kuchni włoskiej (Il cucchiado d'argento).
Co w środku? W środku kuchnia jak najbardziej włoska, ta znana i ulubiona (pizza margherita, cantucci, carbonara, zupa minestrone), ale też ta nieznana. Przepisy podzielone na przystawki, makarony (a jakże), dania główne oraz wypieki i desery. Na początku wprowadzenie do kuchni włoskiej, bardzo ciekawe zresztą, a na końcu  uwagi do przepisów (typu: Natka zawsze oznacza natkę pietruszki czy też: Ząbki czosnku są duże; jeśli masz małe, weź dwa). Dalej opisane są techniki kuchenne (sprawianie kalmarów i krewetek, patroszenie ryb, wyrabianie ciasta) oraz słowniczek.


Im bardziej ją oglądam, tym bardziej mi się podoba. Może wreszcie coś z niej ugotuję? A może i chłopaki zrobią coś więcej niż kanapkę z nutellą? Zwłaszcza, że niektóre wskazówki-obrazki bardzo do mnie trafiają:







Krój, gotuj, WOW
Srebrna łyżka, 50 kulinarnych przygód krok po kroku, 
ilustrował Colin White,
tłumaczenie: Maria Brzozowska, 
wyd. Insignis Media
oprawa miękka
komiks - książka kucharska

wtorek, 20 grudnia 2016

Grudzień

Druga książka Marcina Szczygielskiego, którą miałam okazję i przyjemność niedawno przeczytać. Książka grudniowa. Książka, która ma swój finał, bardzo mocny finał, w konkretnym momencie Prawdziwej Historii. W grudniu 1981 r. 35 lat temu.

Ale zanim będzie grudzień, TEN grudzień, poznajemy Michała, który jest wychowankiem Domu Dziecka w Siemianowicach. Przynajmniej na początku tam. Poznajemy szczegółowy rozkład dnia takiego domu, typologię wychowanków i nauczycieli, kilka historii, które się Michałowi tam przytrafiły, kilka osób, z którymi się związał. Choć Michał nie lubi się wiązać, bo doświadczenie nauczyło go, że bardziej boli, gdy takie osoby znikają, a zawsze w końcu znikają. Lepiej nie ryzykować. Pierwsza część książki jest zatem opisem typowego, jak mniemam, "bidula" i niezbyt kolorowego życia dziecka nieco bardziej wrażliwego niż przeciętne. A potem jest inny Dom Dziecka. Nietypowy (wtedy, chciałabym wierzyć, że teraz już nie). Prowadzony przez otwartą osobę dbającą o coś więcej niż tyko podstawowe potrzeby wychowanków. Przykładającą wagę do ich uzdolnień, upodobań, możliwości. Druga część jest o budowaniu więzi, o przechodzeniu z indywidualności w zespół, o współpracy.

Ujęło mnie motto książki - słowa Emmy (wypowiadane oczywiście w mojej głowie głębokim głosem Zofii Rysiówny), którymi tłumaczyła Muminkom, czym jest teatr.  Bo jest to też książka o teatrze, jak sam tytuł wskazuje. Niebywale trafne motto, teatr dzieci z Domu Dziecka staje się dla nich rzeczywiście najważniejszą rzeczą na świecie, a innym ludziom pokazuje, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być - choć nie maja na to odwagi - i jakimi są.

Gdzieś w tle mimochodem toczy się Historia. Historia objawiająca się kolejkami, kartkami, schabem darowanym pani w urzędzie, szeptami, urywanymi rozmowami dorosłych, walizkami pełnymi papierów, transparentami i napisami na murach. Szczygielski opisuje ją słowami Michała jako tło wydarzeń, ale czytelnicy, którzy przecież "wiedzą więcej", odczytają wszystkie te symbole bezbłędnie. A na koniec Historia przestaje być tłem i dramatycznie wchodzi w życie bohaterów.

Dorośli w książce w pewnym momencie próbują wytłumaczyć Michałowi, a razem z nim czytelnikowi, o co chodzi w toczącej się Historii:
...trzeba walczyć o coś znacznie ważniejszego. O wolność. (...) Ludzie się zjednoczyli, a tego nie da się zatrzymać. 
Od tamtego grudnia minęło już 35 lat.

Teatr... postawiłam na półce Ważnych Książek obok dukajowego Wrońca. Przyjdzie kiedyś czas, że chłopaki też będą "wiedzieli więcej" i mam nadzieję, że ją przeczytają. I będziemy o niej rozmawiać.

Książka została nagrodzona w tym roku I miejscem w IV Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży, w kategorii wiekowej 10-14 lat.

Wydawnictwu dziękuję za książkę.






Teatr Niewidzialnych Dzieci
Marcin Szczygielski
wyd. Instytut Literacki Latarnik 2016
oprawa twarda
książka do czytania

piątek, 16 grudnia 2016

Niebieskie drzwi

Po fantastycznej serii o przygodach Mai, Ciabci i Monterowej, która jest zupełnie, nomen omen, bajkowa, zaczynam odkrywać, że Marcin Szczygielski to nie tylko Czarownica piętro niżej czy Tuczarnia motyli (a czytamy właśnie trzeci już tom). Szczygielski, autor jak niewielu innych współczesnych, utytułowany i nagrodzony na wszelakie sposoby, książek napisał już sporo, jednak poza majkową serią są to książki dla Straszaków raczej. Ostatnio odkryłam dwie, Za niebieskimi drzwiami i Teatr Niewidzialnych Dzieci. Obie bardzo dobre, zasługują na osobne wpisy. Dziś niebieskie drzwi.

Zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rośnie. Dwunastoletni Łukasz wyjeżdża z mamą na wyczekane wakacje, ale po drodze mają wypadek. W jego wyniku, po długich tygodniach spędzonych w szpitalach, Łukasz kuleje i z trudnością porusza się o kulach, a jego mam wciąż leży pogrążona w śpiączce. Chłopcem zajmuje się starsza sąsiadka, ale wkrótce zjawia się dziwna, nigdy nie widziana ciotka i zabiera Łukasza na drugi koniec Polski, z dala od szpitala, mamy, sąsiadki, znanego, choć wywróconego do góry nogami świata.
W nowym miejscu, w dziwnym domu-pensjonacie nad brzegiem morza chłopiec poznaje nie tylko ciotkę i rodzinną historię, ale sam dom z jego tajemnicami ukrytymi za niebieskimi drzwiami. Odkrywa magię i inny świat, początkowo uroczy i fascynujący, który jednak z czasem staje się groźny, zagrażając także światu "normalnemu". W końcu Łukasz znajduje też nowych przyjaciół, którzy pomogą mu poukładać sprawy, które wymknęły się spod kontroli.

W trakcie czytania przyjemne dreszcze pełzają po plecach (jak ciotka po suficie), a napięcie trzyma do ostatniej chwili.
Podoba mi się w tej książce koncept, że uratować świat można za pomocą poszewki na poduszkę i sekatora. Nie potrzeba czarodziejskich artefaktów, magicznych przedmiotów, po które trzeba się najpierw udać w niebezpieczną, pełną przygód drogę (choć takie klasyczne opowieści również bardzo lubię). U Szczygielskiego, choć okoliczności są jak najbardziej magiczne i niezwykłe, wystarczy mieć głowę na karku i użyć tego, co jest pod ręką. Tak po prostu.

A zakończenie, które wywraca wszystko do góry nogami, pozostawia z trochę niedomkniętą buzią i pewną furtką na kontynuację, też niczego sobie.

Niedawno w kinach pojawił się film na podstawie książki. Nie miałam jeszcze niestety okazji się wybrać, zastanawiam się też, czy może mi towarzyszyć dziewięciolatek (ta pełzająca ciotka jednak...)? Mam nadzieję, że film w pełni wykorzystał potencjał opowieści.






Za niebieskimi drzwiami
Marcin Szczygielski
wyd. Instytut Wydawniczy Latarnik
Oficyna wydawnicza AS 2014
miękka oprawa
książka do czytania

środa, 25 maja 2016

Rozmowa o religii

Przeczytałam właśnie książkę, którą, choć ma w tytule "dla dzieci", powinni przeczytać przede wszyscy dorośli. Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, Tahara Ben Jelloum'a.
Pominę rozważania na tematy aktualne i trudne, z których wniosek, że powinni ją przeczytać wszyscy dorośli wypływa tym silniej. Dlatego sama po nią sięgnęłam. Żeby dowiedzieć się i usystematyzować już posiadaną wiedzę, mocno ogólną, jak się okazało. Autor w niezwykle prosty, klarowny sposób przedstawia główne założenia islamu, podstawowe fakty historyczne, wyjaśnia terminy, naświelta tło historyczne i polityczne. Wszystko, jeszcze raz powtórzę, w sposób jasny i prosty.

W połowie książka składa się z rozmowy autora z dzieckiem. Pierwsza wersja książki powstała pod wpływem pytań, jakie dziesięcioletnia córka pisarza zadawała mu po zamachach z 11 września. Kolejna, po zamachach 7 stycznia 2015 r. Autor odpowiada także na pytania dlaczego Europejczycy boją się islamu, jakie są najczęstsze stereotypy i błędy w postrzeganiu tej religii i ludzi ją wyznających. Stara się także wyjaśnić skąd one się biorą i że winni są nie tylko ludzie innych wyznań nie chcący zrozumieć islamu, ale przede wszystkim ci, którzy w imię tej religii, również tak na prawdę jej nie rozumiejąc (bądź nie chcąc zrozumieć), czynią zło i rzeczy straszne.
Drugą połowę książki stanowią teksty, które w ciągu kolejnych lat autor pisał dla zachodniej prasy.

Przede wszystkim jest to więc świetne kompendium wiedzy na temat. I tak jak piszę - dla każdego (co zresztą autor w tytule zaznacza).

Jednak powód dla którego uważam, że książkę tę powinni przeczytać dorośli - rodzice swoich dzieci, jest także inny. Jest to świetny przykład tego, jak można - jak powinno się - rozmawiać z dzieckiem o religii. Każdej religii. Naszej i nie-naszej. Każdej. Oczywiście, wymaga to od nas wysiłku i wiedzy. Czyli nic nowego w wychowywaniu dzieci.

A właśnie. Przez całą książkę autor głosi - za islamem zresztą - pochwałę poznania, wiedzy i nauki, kształcenia i wykształcenia, które w przeciwieństwie do ignorancji i arogancji jest tym czynnikiem, który pozwoliłby ludziom żyć w pokoju, wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu różnic, nie tylko religijnych.





Tahar Ben Jelloum
Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, 
tłumaczenie: Helena Sobieraj, Dorota Zańko 
wyd. Karakter 2015
oprawa miękka
książka bez obrazków
 

niedziela, 28 lutego 2016

Głębia sukcesu

Książka - sukces. Wydawniczy, autorski (w tej kwestii jedno słowo zamiast recenzji wystarcza - Mizielińscy), prezentowy (znaczy, jak kupicie komuś na prezent, to powinien się spodobać). Choćby dzięki tej wielkiej ilustracji z wnętrzem wulkanu. Musthaw większości chłopców w przedziale 4-9 lat, a i sporej liczy dziewczynek. 


Książka wielka. Formatem. To też przesądza - jestem przekonana - o sukcesie. Bo jak na prezent, to okazały od razu. A jak wulkan to też, przynajmniej nawiązuje skalą (dla porównania mamy książeczkę o wulkanach serii pixi... no, nie ma porównania). W maleńkości swej moi chłopcy najchętniej sięgali po wielkie książki, prawie większe od siebie. Im trudniej było małym łapkom przewracać wielkie strony, tym częściej książka była oglądana.

W zasadzie kompendium wiedzy. Encyklopedia niemalże. Nie zdawałam sobie sprawy, ile z najciekawszych tematów rozmów między rodzicem, a dzieckiem w drodze z przedszkola, dotyczy tego, co Pod ziemią. Drugie tyle nawiązuje do tego, co Pod wodą. A teraz wszystko w jednym miejscu ( i można upewnić się, czy dało się dobrą odpowiedź...).
Dla miłośników wspomnianych wulkanów, kanalizacji, ryb ze świecącym czubkiem, łodzi podwodnych, metra, dinozaurów, bulw jadalnych, archeologii, akwarystyki głębinowej, robali i wtulonych w siebie śpiących słodkim zimowym snem zwierzątek futerkowych. Dla wszystkich?





Mapy opanowały już świat. W pełni zasłużenie. Teraz, jestem pewna, kolej na następną superprodukcję duetu (debla właściwie...) Dwie Siostry - Aleksandra i Daniel Mizielińscy. My polubiliśmy bardzo. Trzymamy kciuki za światowy podbój. Oczywiście pod ziemią i pod wodą również.





Aleksandra i Daniel Mizielińscy
Pod wodą / Pod ziemią
wyd. Dwie Siostry 2015
oprawa twarda
ilustracje = tekst



Wydawnictwu dziękuję za książkę.

czwartek, 21 stycznia 2016

Co oznacza skrót HP

Nadrobiłam zaległości i już wiem, że skrót HP wcale nie oznacza tylko marki drukarek i komputerów. Podejrzewam, że dla większości świata HP oznacza jednak Harry Potter. Tak, panie i panowie. Wtedy byłam "za duża" na potteromanię. Teraz okazało się, że jestem akurat. 

Wtedy, czyli gdy tysiące (?) dzieciaków rok w rok gromadziły się po nocach w księgarniach, żeby dostać wreszcie w swe spragnione dłonie nowy z siedmiu tomów, ja już "wyrosłam". Z pobłażaniem patrzyłam, jak to szaleństwo dotyka mojego młodszego kuzyna, choć razem z resztą rodziny cieszyłam się, że "wreszcie czyta chłopak!"
Tak, oczywiście widywałam filmy, ale szczerze mówiąc już po pierwszym pogubiłam się szybko w nieznanej fabule i strasznych obrazkach, więc porzuciłam.

A teraz?
Po pierwsze nauczyłam się wreszcie słuchać książek przy pracy. Mam to szczęście, że praca taka, że mogę umysł wysyłać do świata równoległego, gdy ręce coś tam dłubią. 
Po drugie nowoczesność zawitała do zagrody mojej głowy i nauczyłam się do tej świeżej przyjemności wykorzystywać telefon, a więc mieć ją w każdej chwili pod ręką!
Po trzecie moment był taki, że wolałam umysł wysyłać do świata równoległego niż pozwolić mu hulać samopas. Bardzo się sprawdziło i sprawdza, szczerze polecam.
Po czwarte, choć na HP padło właściwie przypadkiem (żeby tylko wypełnić po trzecie, a kawałek leżał "na dysku" i był pod ręką) to pojawił się argument, który w moim przypadku właściwie nazwać trzeba ostatecznym i podstawowym. Aksjomatem. Głos. Głos Piotra Fronczewskiego. Znamy się nie od dziś i pewnie już wiecie, że mogłabym i książkę telefoniczną w Jego wykonaniu wysłuchać.


I trudno mi właściwie powiedzieć, co bardziej mnie wciągnęło, Głos, czy fabuła. Mistrzowska interpretacja, czy jej przedmiot? Nie umiem szczerze powiedzieć. Choć doceniam wysiłek pani Rowling, który włożyła w stworzenie tego fantastycznego i fascynującego świata, nie jestem pewna, czy gdybym miała sama go czytać, wciągnąłby mnie aż tak bardzo? Albo gdyby czytał ktoś inny? 

Chociaż... Wydawnictwo wystawiło moją fascynację na próbę. Gdy po pierwszych trzech tomach i długim czasie poszukiwania czwartego, drżącymi rekami sięgnęłam do guzika PLAY, usłyszałam Głos, ale całkiem inny. Szczęśliwie pan Wiktor Zborowski również wysoko plasuje się w moim rankingu Głosów, więc przeżyłam to bez większego rozczarowania. Jednak przyjemność z tomu piątego była pospołu przyjemnością z ciągu dalszego historii, jak i powrotu do Głosu Pana Piotrusia.

Póki co całkowicie moja to przyjemność była. Moja własna i osobista. Jestem Matką Okrutną (MO) i jako taka wydałam oświadczenie, że po pierwsze, prawo oglądania filmu będą mieli tylko ci, którzy przeczytają samodzielnie tom pierwszy serii, bardzo proszę, naści, w jakże atrakcyjnym, całkiem nowym, ilustrowanym wydaniu prosto spod choinki (Matka Okrutna i Przebiegła! jeszcze czerpię przyjemność z posiadania w domu tegoż, ha!). Po drugie prawo wysłuchania audiobooka będą mieli tyko ci, którzy patrz punkt pierwszy. (Wydanie oświadczenia wiązało się z pewną partyzantką, którą MO musiała odwalać, jak nie mogąc doczekać się "co było dalej" (a jednak fabuła!) próbowała słuchać po cichutku w domu wieszając pranie lub gotując...).

A poza tym - znając już treść wreszcie - naprawdę zgadzam się z wszystkimi, którzy na ten temat się od lat wypowiadali, że czytelnik powinien rosnąć razem z bohaterem i że to była dobra strona czekania co rok na nową książkę (choć sama nie znoszę takich sytuacji i oczekiwania aż autor podniesie się wreszcie z niemocy twórczej i napisze tom trzeci, panie Rothfuss!). A już dla 5latków to ona zupełnie się nie nadaje, jakoś od pierwszego tomu wzwyż, a u nas słuchanie, poza nielicznymi wyjątkami odbywa się w gronie braterskim.


Dodam jeszcze tyko, że ta moja przyjemność, gdy - już w szponach nałogu - nerwowo poszukiwałam kolejnych części, przyjęła formę wypasionego wydania wszystkich tomów w jednym pudełku. 12 płyt, 130 godzin! Na marginesie dodam, że okazało się to także formą najbardziej korzystną ekonomicznie (polujcie na okazje!).



Harry Potter I-VII wydanie specjalne MP3
Joanne K. Rowling
czytają: Piotr Fronczewski, 
Wiktor Zborowski
wyd. Media Rodzina
12 płyt MP3
czas nagrania: 130 godzin

niedziela, 11 października 2015

47 roninów

Ponieważ czytałam ostatnio zupełnie inną książkę o Japonii u schyłku szogunatu i epoki samurajów, przypomniałam sobie o klasyce samurajskich historii.

Historia 47 roninów jest zupełnie inną historią, niż ta filmowa z Keanu Reevesem. Bywa. Nader często. "Książka była lepsza" jak mawiała koza żująca taśmę filmową.

To klasyczna historia o wiernych wasalach, którzy po niesprawiedliwej w gruncie rzeczy, choć zgodnej z prawem śmierci swojego pana, postanawiają zemścić się na człowieku, który do niej doprowadził. Sprawiedliwie w gruncie rzeczy zemścić się, choć niezgodnie z prawem. Po latach przygotowań w ukryciu i sprawnie przeprowadzonej akcji poddają się temu prawu, z iście japońskim fatalizmem, a ono poświęca ich na swoim ołtarzu mimo zachwytów nad ich lojalnością, wiernością i odwagą. It's not an american story.



sobota, 5 września 2015

Podpalacze książek

Poszukując oderwania się od rzeczywistości znalazłam książkę, w której z przyjemnością się zanurzyłam, choć to rzecz dla starszych dzieci, czy też młodszej młodzieży. Ale nie mogłam odpuścić - po pierwsze intryga kręci się wokół książek - to zawsze na mnie działa - po drugie książka jest zwyczajnie ładna, dobrze zaprojektowana, z fajną okładką Anny Niemierko.

Wydała Wytwórnia, napisała Marine Carteron: Mój brat strażnik, tom 1. serii Podpalacze książek ( w oryginale to bardziej wieloznaczny tytuł: Les autodafeurs).

sobota, 11 kwietnia 2015

Odyseja

Jednym z ulubionych audiobooków chłopaków wciąż pozostają mity greckie.
Jedną z ulubionych postaci mitologicznych Brata jest cyklop Polifem, jednym z bardziej udanych forteli Odyseusza wg Staśka jest właśnie oszukanie Polifema (jak Odys przedstawił się mu jako Nikt). Więc gdy przyszło Chciejstwo na nowego pop-upa, a zaraz za nim pojawiła się Możliwość, wybór był szybki i właściwie bez zastanawiania się. Ponieważ jednym z bardziej wytrwałych konsumentów pop-upów i wiernych oglądaczy wciąż pozostaje Brat, wybrałam taki, który miał jemu sprawić przyjemność. W ten sposób mamy kolejny popupowy komiks, lub też komiksowy pop-up, którego autorem jest Sam Ita, twórca Moby Dicka.
Poza tym motyw konia trojańskiego sam prosi się o jakieś imponujące pop-upowe przedstawienie, nie uważacie?


czwartek, 9 kwietnia 2015

Znów w labiryncie

Kolekcjonerstwo. Radość i zguba nasza. Moja. Prawo serii. Reakcja łańcuchowa. Lekkie naloty manii. Prawdopodobnie ciut zakupoholizmu. Napędzanego, rzecz jasna manią, kolekcjonerstwem, prawem serii, reakcją łańcuchową... 
A potem upychanie i chomikowanie. Żeby można było wyciągnąć w razie potrzeby, wtem, nagle a niespodziewanie, ratunkowo w razie ataku nudy, choroby, smutku, niespodziewanej okazji albo ot tak, bo tak. Czasem też przypadkiem, bo jak wiewiórka, zapominam co to tam tak upchnięte...

Początek roku zaczęłam opisem naszych labiryntowych gier. Temat raz obudzony zaowocował w krótkim czasie upchnięciem w schowkach dwóch nowych gier Ravensburgera, opartych na znanym i lubianym motywie. Z okazji kolejnego wiosennego przeziębienia Staśka wychynęły z zakamarków. Staśkowi wychynęły, bo jednak te dwie wersje są dla  nieco starszych.

Ponieważ zostaliśmy w domu we dwoje, najpierw zdecydowaliśy się na pojedynek.


środa, 11 marca 2015

Zgaś swiatło!


Nie uważam, żeby książki były tylko do czytania. Nawet nie uważam, że są tylko do czytania i oglądania. Książki są do używania. Jak mogą być do zabawy, to jeszcze lepiej. Najlepiej wtedy, jak nie są zabawką dosłownie (naciśnij guziczek, a książka zaszczeka, zapiszczy, pomruga światełkiem), ale jak dają impuls do zabawy "na podstawie" (to powinna każda książka dla dzieci umieć), albo są tak stworzone, żeby wciągnąć czytelnika/oglądacza do interakcji (jak książki H. Tulleta, książki z klapkami, książki budowle, pop-upy w końcu).
Bardzo lubię, jak książki zaskakują. Oczywiście lepiej jest, jak zaskakują pozytywnie... treścią, obrazem, formą, celem, jaki sobie stawiają. Lubię być tak zaskakiwana. I lubię obserwować wyraz zaskoczenia na twarzach chłopaków. Choć czasem mam wrażenie, że ich trudniej zaskoczyć, ponieważ na szczęście wiele rzeczy jest dla nich wciąż możliwych tak po prostu. Jasne jest dla nich jak słońce, że są książki, które się ruszają, albo którymi trzeba ruszać, które grają, ryczą lub do których trzeba gadać.
Tym razem jednak się udało.

Pojawiła się u nas książka, która w pierwszej chwili została odłożona na bok, bo było wiele innych atrakcji związanych z powrotem taty z podróży (choć nie do końca sam tata... to też, oczywiście, ale... zobacz! w tym pudełku! a moje jest takie!...). Co więcej, książka ta została odłożona nawet w drugiej chwili, po pobieżnym przejrzeniu, bo nudna jakaś taka, dla dzidziusiów chyba nawet. Rzeczywiście:


czwartek, 22 stycznia 2015

Co jest grane? - w labiryncie

W nowy rok z nowymi tematami.

Początek roku zbiegł się z początkiem nowego forum (też nie wiem, kiedy mam na nie czas...), siostrzanego forum książkowego - forum o grach planszowych (nie tylko) dla dzieci.
Oba tematy są nam bliskie, a gry planszowe po mału zaczynają konkurować o miejsce na półkach z  książkami. Planszówkowa mania dorosłych przeszła już na Staśka, który świetnie sobie radzi, przy czym woli zdecydowanie gry "dorosłe", niż te ze swojej kategorii wiekowej (chyba, że dotyczą piłki nożnej), a mój ostatni zakup przeciągnął na "naszą" stronę chyba wreszcie i Brata.
Więc i nowe forum, i chwile rozgrywek z Bratem w jego pierwszą własną planszówkę, i to, że kiedyś przyczepiałam tu jakąś niemrawą (bardzo!) stronę z naszymi grami jest powodem nowego tematu, być może z czasem cyklicznego (choć wolę grać, niż pisać o grach, szczerze mówiąc).

I dziś będzie nie tylko o pierwszej planszówce Brata, ale i o mojej pierwszej planszówce. I nie tylko. 

środa, 17 grudnia 2014

Powroty na Uroczysko

Idę, patrzę a tu jedna godzina grudniowa... To może zacznę od zaległości. Może jeszcze kogoś natchnę przedświątecznie na prezent dla Starszaków?
Pisałam o Uroczysku.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Masz prawa, człowieku

To już chyba naprawdę na zakończenie tego poważnego listopadowego tematycznego cyklu - nie bójmy się tych słów - patriotyczno-wychowawczego. 
Tym razem książka nie stricte patriotyczna, ale z tych zaangażowanych w przesłanie przesłania o Bardzo Poważnych Sprawach. Patriotyczna o tyle, że całkowicie polska i przez polskich ilustratorów stworzona.
Choć pomysł zupełnie nienowy. Zarówno jeśli chodzi o treść, jak i pomysł na wykonanie. Nawet u nas kiedyś dawno o tym było.
Tym razem jednak zupełnie na świeżo i zupełnie po polsku.


wtorek, 4 listopada 2014

Patriotycznie 2 - do hymnu

W poprzedniej książce jest taka strona:


I dlatego właśnie nabyłam książkę o hymnie polskim. Zupełnie nową książkę. Chłopaki mieli akurat wakacyjną fazę ułańsko-narodową za sprawą święta Wojska Polskiego i uroczystości związanych z Bitwą Warszawską (a w naszym lokalnym-wakacyjnym wydaniu z Bitwą pod Brodnicą), więc śpiewanie hymnu było jak najbardziej na miejscu. A teraz, w przededniu Święta Niepodległości, trzeba go sobie przypomnieć.


niedziela, 19 października 2014

Ucieczka na uroczysko

Nie pomyliłam się. I nie chodziło mi o rozlewisko...
W nawale pracy kradnę małe krótkie chwilki i staram się uciec. Uciekam do lasu, na Uroczysko. Książki dla dzieci i młodzieży świetnie sprawdzają się do uciekania. W nie. Mimo mało dziecięco-młodzieżowego wieku, który potwierdził ostatnio znów kalendarz. A może właśnie dlatego? Tym razem naprawdę niezły kawałek literatury ddim ( 4,5 cm grubości).

Nie sądź książki po okładce... Niby tak. Przeczytałam sporo bardzo fajnych książek w beznadziejnych okładkach. Zapewne bywają tez gnioty w okładkach przepięknych. Ale co z tego, kiedy to właśnie okładki wołają do mnie w księgarni, bibliotece, na straganie, w dzień targowy (ten już za tydzień! czuwajcie!). Czasem tak bardzo, że dalej idziemy już razem. Tak było z Uroczyskiem. Niebywale - nomen omen - uroczą książką.


piątek, 26 września 2014

Dziwny - Odd

Lubię Wikingów. Jakoś tak. Dobrze opisanych, dobrze pokazanych. Nie obsesyjnie, ale czasem lubię odwiedzić tamten świat. Tak było z Morzem trolli, tak było kiedyś dość nieoczekiwanie z panią Cherezińską (to dla dorosłych). Tak jest z filmem Jak wytresować smoka, który jest jednym z ulubionych filmów chłopaków i jako taki jest dość często oglądany, a ja... cóż, czasem przechodząc mimo przysiądę na chwilkę i już tak zostaję...
A że lubię też ładnie wydane książki, złapałam za przypadkowo spotkaną książkę Neila Gaimana (też go czasem lubię) i już nie puściłam. I bardzo dobrze.

Krótkie opowiadanie Odd i Lodowi Olbrzymi jest bardzo miłym spacerem do Asgardu i z powrotem. I ładną książka przy okazji. Ku mojemu zaskoczeniu - z ilustracjami. Oszczędnymi, stonowanymi, ale bardzo fajnymi i klimatycznymi ilustracjami Irka Koniora. Wydawnictwo Mag czyli niekoniecznie znane z książek dla dzieci, tym bardziej niekoniecznie z obrazkami (a może coś mi umknęło?).


Opowieść o chłopcu z irytującym uśmiechem na twarzy i okaleczoną nogą, który spotyka na swojej drodze bogów zaklętych w zwierzęta i pomaga im powrócić do Asgardu. Dla mnie jest też opowieścią o potędze rozmowy. Bo Odd nie pokonuje Lodowego Olbrzyma siłą (bo jak!), ani nawet tak powszechnym w legendach i wszelkich mitach sprytem i podstępem. On po prostu z nim rozmawia. Rozmawiają tak długo, aż dochodzą do satysfakcjonującej obie strony konkluzji i efektu. Tak po prostu.
Ja przeczytałam jednym tchem i jednym wieczorem, przy jednej herbacie.

Staśkowi czytałam przez 3 herbaty, więc też ekspres (cóż, nie jest to cegła). Słuchał chętnie, niechętnie przerywał, był ciekaw dalszego ciągu. Czytając drugi raz, na głos, dochodziłam do wniosku, że może za wcześnie, że nie wszystko załapie, że jednak są tam odwołania - i tylko odwołania - do mitologii skandynawskiej, które zakładają, że co nieco się już o niej wie. Ale z drugiej strony... Historia sama w sobie ciekawa, przygoda przygodowa, a to, że bohaterowie nazywają się tak a nie inaczej - na tym najprostszym poziomie, poziomie słuchania po prostu fajnej historii - nie ma większego znaczenia. A może kiedyś, później, gdy będzie czytał coś innego zapika mu w głowie, że gdzieś już o tym słyszał. Może kiedyś wróci do tego samego opowiadania za czas jakiś i odkryje nowe poziomy, nowe światy. W końcu słuchanie niebywale skomplikowanych mitów japońskich, bez jakiejkolwiek podstawy, znajomości tamtej skomplikowanej kultury sprawia mu dużą frajdę.



Neil Gaiman
Odd i Lodowi Olbrzymi
ilustracje Irek Konior
wyd. Mag 2010
oprawa twarda
tekst > ilustracje