Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7-latki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7-latki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2018

Hotel dziwny - komiks

Jeden z ładniejszych komiksów, jaki spotkaliśmy. Kolorowy bardzo bardzo. Trochę muminkowy (właściwie to bardzo muminkowy), trochę Hilda. Zapełniony dziwnymi stworkami, istotkami, zwierzoludkami. Wiele z nich przytulnie puchatych, zabawnie rogatych, inne groźnie włochate, zębate, bukowate (od Buki). No i kulki kurzu (sadzy?) do których mam zupełnie ghibilowy sentyment.


Bohaterem jest mała dziewczynka, chyba ludzka. Prowadzi ona najwyraźniej - razem z uduchowioną księgą gości - hotel dla tych wszystkich dziwnych stworów, Hotel dziwny zresztą. Hotel zamknięty zimą, otwiera podwoje 21 marca. Tym razem w środku zimy jednak słychać pukanie, które budzi obsługę z zimowego snu. Czy to jednak aby na pewno środek zimy? Zmarznięci goście wskazują na kalendarz, w którym - mimo głębokich zasp dookoła - właśnie jest 21 marca. Co więc stało się z wiosną? Marietta z doborową drużyną przyjaciół wyrusza na poszukiwania.



Nie chcę zdradzać przebiegu poszukiwań, choć zakończenie jest tylko trochę zaskakujące. Zdradzę jednak, że Wiosna jest Panem Wiosną, podobnie jak Pan Zima zresztą. I że po drodze bohaterowie spotykają kasandrole przepowiadające nadciągające nieszczęścia...

Jak się nad tym zastanowić odniesień do muminków jest bardzo wiele, jednak autorom - Katherine i Florianowi Ferrier udało się stworzyć bardzo przyjemny świat i jeszcze milszych bohaterów. A  moi chłopacy, którzy za muminkami nie przepadają, ten komiks polubili bardzo. Tak, 10-latek również wyrażą się o nim bardzo pochlebnie.



A jeśli sami jeszcze nie trafiliście na Hotel dziwny, to czeka Was podwójna przyjemność, bo Kultura Gniewu właśnie wydaje drugi tom.


 



Florian i Katherine Ferrier
Hotel dziwny
Przez zimę do wiosny
tłumaczyła Małgorzata Janczak
wyd. Kultura Gniewu, Krótkie Gatki  2017
oprawa twarda
komiks




niedziela, 21 stycznia 2018

Dunia i Mattis

Dorasta mi w domu drugi czytacz Samodzielny. Nie bez oporów oczywiście. Ponieważ w pewnym momencie drugiej już klasy Brata musieliśmy wprowadzić obowiązek głośnego czytania (tzn, żeby on ćwiczył głośne czytanie) poszukiwaliśmy wspólnie lektur. Ku mojej wielkiej radości zaliczyliśmy dawno minioną klasykę w postaci Nusi i Filipa (po to wciąż trzymam te książki). Ku radości samego Czytacza przebrnął samodzielnie przez całą serię o Patchu, małym piracie, którą tak lubił, jak był maluchem. Potrzebowaliśmy jednak też czegoś nowego. Najchętniej czegoś współczesnego i opisującego współczesność bratową jak najlepiej. I znalazłam Mattisa i jego przygody w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie. Czyli coś w sam raz. Tak jak Filip i Zlatanka chodzą do tego samego przedszkola, co Nusia, tak Mattis okazał się kolegą z klasy Duni, która ma szczęśliwe życie.

Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie nie są jakieś niezwykle niezwykłe. Zwykłe szkolne życie. Przepychanki ze szkolnymi łobuzami. Opisy urodzin szkolnych kolegów. Szkolne przyjaźnie, różne taki akcje na przerwach... Niby nic takiego, a drugoklasistę wciągnęło. I zdarzało mu się nawet przekroczyć nieco wyznaczony na czytanie czas.

Dodatkową zaletą Mattisa jest też to, że wywołał ciekawość pt. Co tam u Duni? i mieliśmy co czytać dalej.

Układ książki taki jak przy Duni - niewielkie porcje tekstu z dużym oddechem na stronach i jak zawsze świetne ilustracje Evy Eriksson. W sam raz dla początkujących Samodzielnych.










Rose Lagercrantz, Samuel Lagercrantz
Mattis i jego przygody w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie
ilustracje: Eva Eriksson
wyd. Zakamarki 2017
oprawa twarda
ilustracje = tekst

poniedziałek, 20 listopada 2017

Co stanie się potem?

Stereotypowo tematy listopadowe krążą albo wokół życia mniej lub bardziej (poza)grobowego albo wokół życia mniej lub bardziej patriotycznego. Wygodniej (bezpieczniej?) chyba ostatnio rozmawiać o życiu pozagrobowym... Choć w supermarketach już bombki i choinki, wróćmy jeszcze do tematów z początku listopada.

Obrazkowa książka dla dzieci, ciekawa kreska, jakby trochę komiksu, japońskie nazwisko autora. Tak niewiele trzeba, aby przykuć moją uwagę. 

Książka na pierwszy rzut oka wesoła i pogodna, porusza całkiem poważny temat.

Pierwsze zdanie: Dziadek zmarł pewnego dnia.


Podczas sprzątania jego pokoju chłopiec znajduje zeszyt. Na okładce napisano: "Co stanie się potem?".
Zeszyt był pełen dziadka myśli i rysunków i odpowiedzi na pytania takie jak "Kim się stanę, jak umrę i co bym chciał, żeby się stało?"
Więc na początek plan Następnej Wielkiej Przygody: śmierć - centrum duchów, (sprawdzanie, czy na ziemi wszystkie sprawy pozostawiło się pozałatwiane),  Niebo (można jeść, co się chce i robić, co się chce), centrum powtórnego urodzenia (kiedy Niebo się znudzi).
Na kolejnej stronie rzeczy, które trzeba spakować do Nieba (plastry, aparat, kapelusz, okulary, portfel) oraz podarunki dla bogów (butelka dobrego wina, pieczone kasztany, rozsądnie trudna łamigłówka). Rzeczy, pod których postacią chętnie bym się urodził ponownie (po angielsku to po prostu rebirth, u nas wychodzi jakiś łamaniec językowy za każdym razem, jak próbuję to przetłumaczyć - zdecydowanie reinkarnacja nie zadomowiła się w naszej kulturze a co za tym idzie - języku).



Kolejne strony zajmują "Rzeczy, do omówienia, kiedy spotkam bogów". W Niebie dziadek spotka boga, który był jego opiekunem i który nauczy dziadka latać i "będą się rozumieli bez słów".
Jest też wyrysowana wizja, jak prawdopodobnie wygląda Niebo i dla równowagi, jak prawdopodobnie wygląda Piekło (jest tam tylko jedna toaleta, buty są trochę za małe, ćwiczenia bolesne, kąpiel nie jest przyjemnością, a przed snem czytane są smutne historie).










W zeszycie znalazło się też miejsce na projekt nagrobka (w kształcie kanapy, domku dla ptaków lub ...zjeżdżalni). Dziadek rozważa, w jaki sposób mógłby mieć oko na tych, których pozostawił na ziemi, a nawet jakie gadżety z dziadkiem można by stworzyć (np karty kolekcjonerskie).


I kiedy czytałem zeszyt dziadka, zacząłem się czuć trochę lepiej. Idea umierania nie wyglądała już tak źle. Być może dziadek był nawet podekscytowany tym, że pójdzie do Nieba.
Ale chwileczkę, pomyślałem. Mógł się czuć także zupełnie odwrotnie. Mógł być z tego powodu smutny i mógł się bać umierania. Czy dlatego napisał tę książkę? Bo się bał? Wyobrażał sobie te śmieszne rzeczy, żeby przestać się bać?


Nie jest to więc tylko zabawne przedstawienie opcji "co potem", ale także chwila na zastanowienie się, jak może czuć się osoba, która myśli o śmierci, stara się ją oswoić, jest świadoma swego odchodzenia. A że prędzej czy później dotyczy to wszystkich, cóż, może warto pomyśleć chwilę o tym, nawet jeśli jest się jeszcze dzieckiem? Być może zresztą, rozmyślając o tym, co byśmy chcieli robić "potem" dojdziemy do tego samego wniosku, do jakiego doszedł bohater książki - zaczniemy myśleć o tym, co warto zrobić "przedtem".


W całej książce nie ma odwołań do żadnej religii, choć pojawia się pomysł reinkarnacji i powrotu na ziemię (niekoniecznie pod ludzką postacią zresztą). Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada tej książki. Mnie spodobała się zarówno treść, jak i ilustracje. Chłopakom też książka przypadła do gustu, w dodatku okazała się całkiem niezłym ćwiczeniem z angielskiego dla Staśka. Tak zupełnie na marginesie.

Autor książki, Shinsuke Yoshitake, jest Japończykiem. Dodatkową zabawą dla mnie było śledzenie japońskich szczegółów w książce, która w sumie jest dość uniwersalna. Ale jednak. Jednak autor jest Japończykiem. Ręczniczek do twarzy, który koniecznie trzeba ze sobą zabrać do Nieba, czy chusteczki higieniczne w charakterystycznej kieszonce, albo buty ustawione w przedpokoju, który znajduje się ciut poniżej poziomu podłogo pokoju. Takie tam drobiazgi.



Shinsuke Yoshitake
What Happens Next?
wyd. Thames & Hudson 2017
oprawa twarda
ilustracje > tekst
książka obrazkowa







sobota, 23 września 2017

Amulet

Komiksy. Chyba już nas zdobyły bez reszty. Chłopcy czytają / oglądają przynajmniej po jednym dziennie. Ja węszę wciąż za nowymi. Zbiory się powiększają niepokojąco. Pozornie tylko zajmują mniej miejsca niż książki, bo zwykle występują stadami.
Pozostawiam chłopakom na później i na samodzielne odkrywanie klasyczne marvelowe czy DCkomiksowe serie o superbohaterach, poszukuję innych.

Znalazłam Amulet i muszę przyznać, że od dawna żaden komiks nie zrobił na mnie takiego wrażenia.

Amulet jest komiksem dla dzieci. W zasadzie jest to fantasy urozmaicone przyjemnymi elementami coś jakby steampunku. W skrócie: elfy i robotyczny królik. Fabuła mieści się w schemacie: dramatyczne wydarzenie zmieniające życie bohaterów (mama z dwójką dzieci), spowodowana nim przeprowadzka, oczywiście do starej rodzinnej rezydencji. Odkrycie tajemnicy domu, przejście do magicznej krainy, misja, przepowiednia, drużyna, przygody. Standard. Trochę Narni, trochę Władcy P., trochę  Gwiezdnych Wojen, trochę Ruchomego Zamku Hauru.



Jednak ta standardowa i w pewnym stopniu przewidywalna mieszanka podana została tak, że nie można się oderwać. I nie mówię o dzieciach, ale o sobie.
To, że komiks jest dla dzieci, nie oznacza wcale, że jest słodko-tęczowo i infantylnie. Wręcz przeciwnie. Napięcie rośnie, bywa ciemno, posępnie, ponuro, nawet groźnie. Niektóre z postaci wcale nie są sympatyczne.

W pierwszym tomie mamy zawiązanie akcji, pozostawiające duży niedosyt. Nie róbcie tego swoim bliskim i zadbajcie o to, aby tom drugi był zawczasu pod ręką. Tam akcja się zagęszcza, przyspiesza, pędzi. Misja zostaje wykonana i ...okazuje się, że to dopiero początek.



Nie mniej od treści wciągająca jest forma. Dawno nie miałam w rękach komiksu tak ładnego. Świetne zestawienia kreskówkowo rysowanych, pogodnie kolorowych postaci z niezwykłymi tłami, w których pobrzmiewa echo Studia Ghibli. Bardzo przyjemnie się na to patrzy.



Powodzenie przygód w tej opowieści zależy od współpracy i wzajemnej pomocy, często podkreślana jest siła i waga więzów rodzinnych. Pojawia się pokusa, żeby zostać solowym superbohaterem, ale czytelnik od początku przeczuwa, że to nie prowadzi do niczego dobrego. Ze starcia sił dobra i zła zwycięsko może wyjść tylko drużyna, tylko rodzina trzymająca się razem. Niby tak jest w każdej tego typu historii, ale jednak tu jakby częściej jest to podkreślane.

A Sapkowski miał rację. Elfy są ZŁE.


Kazu Kibuishi
Amulet
Księga pierwsza: Strażniczka
Księga druga: Klątwa Strażniczki
tłumaczenie Maria Lengren
wyd. Planeta komiksów 2016, 2017
oprawa miękka
komiks

niedziela, 21 maja 2017

Książka na maj. Bozie.


Maj. Sezon komunijny w pełni. Nasz osobisty w wersji A za nami, wersja B daleko przed nami (przynajmniej tak mi się wydaje). W tym roku jednak sezon na Zośki, którym matkuję. Zresztą nie tylko Zośki. Nie byłabym "ciotką od książek" gdybym oprócz wymarzonych zamówionych prezentów nie wcisnęła swoich trzech groszy, czyli książki. Nie miałam, przyznam tyle odwagi, żeby, tak jak Staśkowi, podarować wielką wersję komiks-Biblii (o której swoją drogą od roku nie napisałam ni słowa). Ale miałam tyle tupetu za to, żeby wszystkim tegorocznym Przystępującym podarować Bozie.

Świetna książka Karoliny Oponowicz. Książka Odpowiadająca na Pytania. Pytania z tych najważniejszych, ale też najbardziej kłopotliwych. Pytaniach o rzeczy, zjawiska, o których - mam wrażenie - niewielu z nas umie, czy wręcz chce opowiadać. Albo, jeśli radzi sobie jeszcze jako tako w temacie własnej wiary i religii, często gubi się na zakrętach innych wyznań. Z pomocą przychodzi książka (jak zawsze):
Zebrałam od znajomych dzieci jeszcze więcej pytań związanych z religią, Bogiem, Kościołami, a potem poszłam do duchownych sześciu wyznań. Diakon Małgorzata, imam Janusz, ksiądz Artur, lama Rinczen, ojciec Max i rabin Stas podczas naszych rozmów często szeroko otwierali oczy ze zdumienia. Ale odpowiadali z wielką cierpliwością i otwartością.
Tyle sama autorka.

Pytani przez nią duchowni na samym początku przedstawiają się, opowiadają skąd są i kim są, oprócz tego, że pełnią posługę w takim czy innym kościele. Dzięki temu w książce zebrane zostały opowieści, nie definicje. Bardzo dobrze się je czyta, a za każdą odpowiedzią-opowieścią stoi konkretny człowiek. Są ciepłe i pełne uwagi. Poważne. I proste, na ile mogą być prostymi odpowiedzi o wierze. 

















Książka to także bardzo dobrze zilustrowana przez Joannę Rzezak. Nieco w stylu mizielińskim (proszę, jesteśmy świadkami tworzenia się nowych stylów ilustracyjnych). Nie jest to bynajmniej zarzut, książkę na prawdę dobrze się ogląda. A zabieg z zastosowaniem kodu kolorystycznego do poszczególnych wyznań pomysłowy i bardzo wygodny.

Książka dla wszystkich: katolików, buddystów, protestantów, prawosławnych, żydów i muzułmanów. I tych, którzy są gdzieś obok, pomiędzy, trzymają się z daleka, szukają, obserwują zza rogu. Dla tych, którzy mają dzieci i wcale niekoniecznie.
Idealny prezent na Okazje.






Bozie
Karolina Oponowicz
ilustrowała Joanna Rzezak
wyd. Agora 2016
oprawa twarda
tekst > ilustracje






sobota, 23 stycznia 2016

Miziołek

Jeżeli mam pisać, co poleca Stasiek, to muszę. Musze napisać o książce - u nas w postaci audiobooka - którą  razem z Bratem polubili od pierwszego słuchania. Obaj - na zabój. Gdyby sprzęt w kuchni odtwarzał mp3 miałabym syndrom Mikołajka - zawsze, wszędzie i o każdej porze, do każdego posiłku i pomiędzy.

Poniewczasie muszę stwierdzić, że opinie o książce, które migały mi tu i ówdzie czytałam/oglądałam najwyraźniej dość pobieżnie i bez głębszej analizy, zapamiętując tyle, że były pochlebne. W poszukiwaniu nowych audiobooków przed kolejnymi wakacjami, czy inną podróżą nabyłam i odruchowo podsunęłam chłopakom. Wsiąkli, jak nigdy. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie za szybko, wszak bohater ma lat 12 czyli prawie dwa razy więcej niż Stasiek wtedy (nie mówiąc już o Bracie), w szkole jeszcze nie takie problemy, w życiu też nie bardzo... A jak zaczęłam słuchać, to tym bardziej zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłam. Ten język swobodny! Ale było już za późno... Chłopaki wsiąkli jak rzadko.

W sumie, jak się nad tym zastanowić, to nieco straszy Mikołajek po remasteringu 40 lat później. I z rodzeństwem. Właściwie dziwię się, że się dziwię - te same domowe perturbacje, te same szkolne wygłupy. I ten język swobodny! Do tego interpretacja Artura Barcisia, który w roli Miziołka, dwunastoletniego Mędrca i Człowieka Uciśnionego (szkołą i rodziną) jest niezwykle przekonujący. 

Trochę przeraża mnie myśl, ze chłopcy w wieku lat 12 mogą być w stosunku do swoich rodzin tak bezbrzeżnie protekcjonalni i aż tak traktować ich jak bandę półgłówków. Pozostaje mieć nadzieję, że to trochę, jak z większością negatywnych bohaterów - "chciałabym i boję się" - wiem, że zachowuje się nie dobrze, ale - ach! - jakież to ekscytujące! A może jestem naiwna. Ponieważ czeka mnie przyszłość z dwoma 12-latkami, może powinnam się zaszczepić. Pierwsza dawka przyjęta.




Joanna Olech
Dynastia Miziołków
wyd. Biblioteka Akustyczna 2010
czyta Artur Barciś
1 CD mp3, czas nagrania 3h 49'
audiobook

niedziela, 17 stycznia 2016

Skrzynka potworów

Rzutem na taśmę, tuż przed Świętami, kiedy to już absolutnie miałam nic a nic nie kupować (oprócz papieru do pakowania prezentów) dojrzałam, że pojawiły się brakujące potwory. Potwory do skrzynki. Potwory, na które Stasiek czekał już od dłuższego czasu. Zdaje się, że potwór z szafy to był i wilkołak. W sam raz w nastrój świąteczny się wpasowały.

Seria o potworach wydawnictwa Tako jest ...dziwna. Od razu powiem, że mój do niej sentyment jest jednego tylko rodzaju - Mumia była pierwszą książką, którą Stasiek przeczytał natychmiast po zakupieniu, w autobusie, który wiózł nas do domu z Targów Książki AD 2014. 


Cała seria to garnitur 10 uroczych postaci: Zombie, Czarownica, Dziad z workiem, Potwór z szafy, Mumia, Duch, Wilkołak, Kościotrup, Wampir i Ogr. Cienkie, mocno ilustrowane książeczki z krótkimi historyjkami, w sam raz dla początkujących Czytaczy Samodzielnych. Wszystkie napisane przez Enrica Llucha, każda zilustrowana przez innego ilustratora. Wszystkie w tonacji dość posępnej. Moje ulubione - Kościotrup, Ogr i Dziad z workiem. Ta różnorodność ilustracji też mi się podoba, a koncept doceniam.
W szkole nauczyciel wytłumaczył Kostkowi, jak siadać, żeby się nie rozsypać (...) a w następnym zaprowadził go do sali gimnastycznej i nauczył biegać bez gubienia po drodze kości.
Historie za to? Nie takie, jakich moglibyśmy się spodziewać. Nie straszne (to opinia Staśka), co fajnie zgrzyta z szatą graficzną. Ale wcale nie słodkie i przecukrzone. Otóż potwory z reguły są ...potworami i to beż żadnych upiększeń i łagodzących okoliczności, ale też mają zwykle jakieś problemy - egzystencjalne, ekonomiczne, zdrowotne... 
Dentysta nie zdjął z siebie czosnku ani krzyża. A na dodatek, mając ręce zajęte kołkiem i młotkiem, nie mógł chwycić wiertła... Władek wyszedł więc z gabinetu, tak jak do niego wszedł: godny i z nierozwiązanym problemem.
I tak to leci. Kościotrupek Kostek, chce zostać człowiekiem i piłkarzem (to chyba moje ulubione), dzieci z miasteczka, do którego udał się Dziad z workiem są za chude, za to Ogr wyprowadził się w okolicę w ogóle bezdzietną, Mumia chce wrócić do Egiptu (ale pada deszcz), Czarownica nie może się odnaleźć w żadnej bajce, a Wampir ma kłopoty z dentystą...

Książki ze skrzynki polecamy jako ciekawe, bo INNE. Czytaczom dają satysfakcję, bo są straszne (przynajmniej takie się wdają na pierwszy rzut oka, zwłaszcza babć lub cioć) i szybko się czytają. W całości. No i dla miłośników strachów i potworności (oczywiście tych niestrasznych i mało potwornych), których jest pewnie sporo.

Enric Lluch
Skrzynka potworów:
Czarownica, il. Óscar T. Pérez
Wampir, il. Fernando Falcone
Dziad z workiem, il. Miguel Angel Díez
Zombi, il. Oriol Hernández
Duch, il. Rodrigo Luján
Mumia, il. Pablo Tambuscio
Ogr, il. Cecilia Varela
Kościotrup, Mercé López,
Potwór  szafy, il. Pablo Zamboni
Wilkołak, il. Pere Meján
wyd. Tako 2013-2015
oprawa miękka + tekturowa skrzyneczka
ilustracje = tekst

sobota, 12 grudnia 2015

Szczęście według Duni

Co czytać, jak Najfutbolniejsi się skończyli, a do Mikołaja jeszcze tydzień (a ma przynieść kolejną część)? Moje sugestie, że wystarczy się rozejrzeć, bo półki uginają się od książek, jakoś trafiają w próżnię i ośmioletnią kontestację. Przez chwilę trwa czytanie Bratu książek, które można ogarnąć w 15 minut (miód na moje oczy, uszy i serce!), przez chwilę jakieś komiksy przy jedzeniu, no, ale jednak coś by poczytał.

Wkrótce podchodzi jednak do półek, jak nie patrzę...
Pojawia się na fotelu z Dunią. Czyta. Skończył. Werdykt? Fajne, ale krótkie.
Podpowiadam, że kuzynka ma pozostałe części. Ile? Chyba 3... O świetnie, jeszcze 3 dni do Mikołaja, to będę miał akurat. Mogę? Trzaśnięcie drzwiami, tupot na schodach.

czwartek, 30 lipca 2015

(wakacyjna) Szkoła Jedi

Wielka letnia (właściwie to gorąca i upalna) wakacyjna dziura ziejąca pustką.
Spadłam na jej dno, a teraz, mam nadzieję, unoszona rześką bryzą o zapachu łąki i wolnego czasu wreszcie się z niej wynurzam. Przepraszam wszystkich, którzy tak długo czekali. Dziękuję wszystkim, którzy tak długo czekali.

Zaległości tyle, że nie wiadomo od czego zacząć, niektóre nawet zdążyły rozpuścić się z gorąca i wyparować. Gdzieś tam pomiędzy datą dzisiejszą, a ostatnią odbył się koniec szkoły, o tyle rozmyty w codzienności, że następne dwa tygodnie odbywaliśmy jeszcze lato-w-mieście (i szkolnej świetlicy). Tymczasem wakacji już prawie półmetek. No, ale szkoły koniec był. Na koniec roku książkowe nagrody - oczywiście "zupełnie przypadkiem" zapomniane przy pakowaniu na wakacje kurzą się gdzieś na drugim końcu Polski na równie zakurzonym biurku. Nie, żeby były złe (w końcu sama maczałam palce w klawiaturze, żeby takie nie były), ale wciąż książka pełna tekstu i objętości nie budzi jeszcze zaufania i euforii.


Ja jednak nie byłabym sobą, gdybym własnym sumptem nie ufundowała własnych nagród na zakończenie roku, oczywiście książkowych (skaranie z taką matką). Litościwie jednak postawiłam na wydawnictwo lżejsze i bardziej wakacyjne, o tematyce zbliżonej do ulubionej. Choć mimo wszystko kupiłam książkę o szkole. Akademia Jedi, Jeffrey Brown.


czwartek, 11 czerwca 2015

Eksperyment audio-wizualny

Z okazji Dnia dziecka postanowiłam na dzieckach przeprowadzić eksperyment audio-wizualny. Wyniki jeszcze nie do końca są znane, ale sam koncept wydał mi się wielce kuszący.

Otóż chłopaki z okazji DD dostali komiks. Nic dziwnego i niezwykłego w sumie. Zwłaszcza, że żadna nowa nowość, gorący hit czy choćby kontrowersyjny temat. Wręcz staroć, powrót do źródeł, wspieranie polskiej szkoły komiksu, nieco nostalgiczny powrót do świata dziecięcych lektur rodziców. Czyli starzy i poczciwi Kajko i Kokosz. Szkoła latania. W dodatku:
- Mamo, oni mi przypominają Asteriksa i Obeliksa - to nawet Brat zauważył.

Razem z komiksem chłopcy dostali również audiobooka. Nic dziwnego i niezwykłego w sumie. Zwłaszcza, że żadna nowa nowość, gorący hit czy choćby kontrowersyjny temat. Wręcz staroć, powrót do źródeł, wspieranie polskiej szkoły komiksu, nieco nostalgiczny powrót do świata dziecięcych lektur rodziców. Czyli starzy i poczciwi Kajko i Kokosz. Szkoła latania.

Wróć.

niedziela, 31 maja 2015

Gofrowe serce

Podprowadzeni tropem Tonji, która zdobyła szturmem nasze serca i czytelnicze wieczory, wypożyczyliśmy z biblioteki Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy Marii Parr. Strzał w dziesiątkę.
Schemat miejsca i akcji (mała wieś nad norweskim fiordem i na tym tle przygody mieszkających tam dzieci + trochę dorosłych kłopotów) może wydawać się powielony, choć jeśli rzeczywiście, to było akurat odwrotnie, bo to Gofrowe serce jest debiutem pisarskim autorki. Znajomy schemat, uczciwie przyznać trzeba, jednak zupełnie nie przeszkadza, wypełniony nowymi, szalonymi przygodami dzieci, które mogą po prostu bawić się w domu i zagrodzie, i którym dorośli nadmiernie w tym nie przeszkadzają. 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Tonja

Ale ładną książkę przeczytaliśmy. Naprawdę ładną i fajną. Sama nie wiem, kto bardziej niecierpliwie czekał na kolejne wieczorne odcinki - chłopaki czy ja.
Naprawdę, dawno tak chętnie nie czytałam chłopakom, sama niecierpliwie wyglądając dalszego ciągu, wielokrotnie w czasie czytania przytykając się z lekka ze wzruszenia lub niecierpliwości.


czwartek, 9 kwietnia 2015

Znów w labiryncie

Kolekcjonerstwo. Radość i zguba nasza. Moja. Prawo serii. Reakcja łańcuchowa. Lekkie naloty manii. Prawdopodobnie ciut zakupoholizmu. Napędzanego, rzecz jasna manią, kolekcjonerstwem, prawem serii, reakcją łańcuchową... 
A potem upychanie i chomikowanie. Żeby można było wyciągnąć w razie potrzeby, wtem, nagle a niespodziewanie, ratunkowo w razie ataku nudy, choroby, smutku, niespodziewanej okazji albo ot tak, bo tak. Czasem też przypadkiem, bo jak wiewiórka, zapominam co to tam tak upchnięte...

Początek roku zaczęłam opisem naszych labiryntowych gier. Temat raz obudzony zaowocował w krótkim czasie upchnięciem w schowkach dwóch nowych gier Ravensburgera, opartych na znanym i lubianym motywie. Z okazji kolejnego wiosennego przeziębienia Staśka wychynęły z zakamarków. Staśkowi wychynęły, bo jednak te dwie wersje są dla  nieco starszych.

Ponieważ zostaliśmy w domu we dwoje, najpierw zdecydowaliśy się na pojedynek.


środa, 11 marca 2015

Zgaś swiatło!


Nie uważam, żeby książki były tylko do czytania. Nawet nie uważam, że są tylko do czytania i oglądania. Książki są do używania. Jak mogą być do zabawy, to jeszcze lepiej. Najlepiej wtedy, jak nie są zabawką dosłownie (naciśnij guziczek, a książka zaszczeka, zapiszczy, pomruga światełkiem), ale jak dają impuls do zabawy "na podstawie" (to powinna każda książka dla dzieci umieć), albo są tak stworzone, żeby wciągnąć czytelnika/oglądacza do interakcji (jak książki H. Tulleta, książki z klapkami, książki budowle, pop-upy w końcu).
Bardzo lubię, jak książki zaskakują. Oczywiście lepiej jest, jak zaskakują pozytywnie... treścią, obrazem, formą, celem, jaki sobie stawiają. Lubię być tak zaskakiwana. I lubię obserwować wyraz zaskoczenia na twarzach chłopaków. Choć czasem mam wrażenie, że ich trudniej zaskoczyć, ponieważ na szczęście wiele rzeczy jest dla nich wciąż możliwych tak po prostu. Jasne jest dla nich jak słońce, że są książki, które się ruszają, albo którymi trzeba ruszać, które grają, ryczą lub do których trzeba gadać.
Tym razem jednak się udało.

Pojawiła się u nas książka, która w pierwszej chwili została odłożona na bok, bo było wiele innych atrakcji związanych z powrotem taty z podróży (choć nie do końca sam tata... to też, oczywiście, ale... zobacz! w tym pudełku! a moje jest takie!...). Co więcej, książka ta została odłożona nawet w drugiej chwili, po pobieżnym przejrzeniu, bo nudna jakaś taka, dla dzidziusiów chyba nawet. Rzeczywiście:


niedziela, 8 marca 2015

Tuczarnia motyli

No to na świeżo, bo właśnie skończyliśmy.
Recenzja Staśka (lakoniczna jak zwykle, ma to po ojcu): super! i dwa podniesione w górę kciuki. Brat też prawie całej wysłuchał. Nie oponował.

Dużo bardziej dynamiczna niż pierwsza część, ze scenami batalistycznymi, słowami takimi jak eskadra, szwadron i larwa bojowa, więc właściwie trudno się im dziwić. Ja - choć zdzierałam gardło na długaśnych rozdziałach - bawiłam się bardzo dobrze. I po raz kolejny podziwiałam talent autora i kolejną jego rewelacyjną powieść dla Młodszych.

piątek, 6 marca 2015

Mamoko forever!

Jesteśmy fanami. Bezkrytycznymi właściwie. Wszyscy. Od lat już.
Choć wydawało mi się, że te karty, to już przerost formy nad treścią, cóż nowego, wszystko już było i dziś, i wczoraj, i jutro, i w ilościach, i na literkę... I że niby za duzi już jesteśmy.


Myliłam się. Nie wytrzymałam. Nabyłam.

czwartek, 5 marca 2015

Myszowata fantasy

Nie ma to jak klasyczna przygoda z elementami mistyki. Wchodzę w to!
Skipper
No, jakiż adekwatny cytat mnie ostatnio spotkał...