Prawdopodobnie to dla nich nawet lepiej, gdy ich książki nieco je przerastają. Książki dla dzieci powinny zawsze, podobnie zresztą jak i ich ubrania, pozostawiać możliwość dorośnięcia do nich; a książki dodatkowo powinny stanowić bodziec do tego dorastania.
J.R.R. Tolkien
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą (niby)dorosłości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą (niby)dorosłości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2018

9 miesięcy

Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę kupowała książek, których nie jestem w stanie przeczytać  Gdyż nie znam języka. Miało mnie to ustrzec przed wizytami w księgarniach Tam. Udało się połowicznie. Wizytom w nietutejszych księgarniach nadal nie umiem się oprzeć. Bo przecież są jeszcze książki obrazkowe. I pop-up'y. I po angielsku... Tak więc niezależnie od tego, gdzie Tam jestem, "marnuję" cenne godziny zwiedzania zabytków w księgarniach. Zwłaszcza tych muzealnych. I szukam "pamiątek z podróży".

Ta jest z księgarni Muzeum Jeana Miró, które swoją drogą polecam bardzo, także na wyprawy z dziećmi (sama na swoich nie testowałam, ale potencjał ma duży). Żałowałam zresztą, że nie było obrazów Miró w wersji pop-up. To byłoby coś. Coś jak instalacje Cartera. Tylko, że Miró.

Ale inne były. I wynalazłam. Hiszpańskiego nie znam, ale tytuł zrozumiałam. I choć spodziewałam się pewnego sentymentalizmu w warstwie literek (ale może moje uprzedzenia wynikają z innego miejsca i czasu życiowego niż temat ksiązki), o tyle papierowa inżynieria ujęła mnie bardzo. A, no i fala. TA fala, w kolejnej swojej odsłonie.



Zmieniające się pory roku (trzy, bo tyle się mieści w dziewięciu miesiącach).


A tak oryginalnie to i autor i książka są francuskie. Autor, Jean-Marc Fiesse stworzył oprócz mojej "hiszpańskiej" pamiątki też dwie inne książki: pierwsza to pop-up o alfabecie/języku, a druga, to niezwykle intrygująca Deklaracja Praw Człowieka, również w wersji pop-up. We wszystkich widać, że świetna, bardzo oszczędna i syntetyczna (co nie znaczy, że prosta) papierowa inżynieria, w połączeniu z równie oszczędnym tekstem służy mu do przekazywania całkiem skomplikowanych symboli i idei. 

A tak poza tym, to Autor jest też fotografem. Z fotografii też można zrobić książkę obrazkową. Na przykład o niebywałym życiu kamyczków...

Zaczynam podejrzewać, że to dopiero początek naszej znajomości, a po tych dziewięciu miesiącach może się jeszcze pojawić niejedna książka...




9 meses 
Jean-Marc Fiesse
Editorial Kókinos 2015
pop-up

środa, 20 września 2017

Pies, który siedział na krześle

Bziki.
Ludzie mają swoje bziki. Każdy chyba je ma. Całkiem zwariowane albo całkiem poważne. Można mieć kilka bzików na raz. Zupełnie różnych, nie wiążących się ze sobą. Serię bzików pokrewnych też można mieć. Można zajmować się nimi w wyznaczonych porach i dniach tygodnia. Można znienacka oddać się bzikowi. Można po kolei, można wszystkimi na raz.

Kiedy bzikiem są psy, ilustracja i design, można stworzyć książkę.

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym przypadkowo usiadłam na psie. 

Na szczęście pies był mój. 

Cristina Amodeo stworzyła książkę, w której dowodzi, że każde z dizajnerskich krzeseł czy foteli, jakie wymyślono na przestrzeni ostatnich blisko stu lat, ma swój odpowiednik w naturze. A konkretnie w ...psach. Ewentualnie dowodzi, że każdej psiej rasie można przyporządkować jedno z dizajnerskich krzeseł.
Ilustracje są zaskakujące, zabawne, zastanawiające.


Dodatkowy urok książki polega na tym, że autorka stworzyła swe obrazy przy użyciu papierowych kolaży. Zaglądając na jej stronę możemy się przekonać, że w ten sposób tworzy właściwie wszystkie swoje ilustracje do książek, nie tylko dla dzieci.

Cała książka jest  bardzo przyjemna, ładna, elegancka, aż chciałoby się powiedzieć dizajnerska... Od poręcznego formatu, przez przyjemnie matowy papier, stonowane kolory, aż do tłoczonego buldoga na okładce. 
Książka - przyjemność.

Na końcu garść konkretów na temat przedstawionych w książce krzeseł. I psów.


Książka dla zbzikowanych. Koneserów. Książkolubów. Kynologów.

Małgosi dziękuję za wyszukanie i prezent niespodziankę!








Dogs and Chairs Designer Pairs
Cristina Amodeo
wyd. Thames&Hudson 2015
oprawa miękka
książka obrazkowa

wtorek, 16 maja 2017

Mitologia nordycka

Lubię mity, mitologie. Staram się chłopakom podkładać tu i ówdzie, bo wszak na mitach stoi cała kultura. Jednak nie każde mity, czy mitologie daje się czytać czy słuchać. Zwłaszcza, jeśli zarys historii znamy, a kolejna odsłona nie potrafi porwać nas na nowo. Warto więc szukać mitologii dobrze napisanych.

Przypadkiem trafiłam na Mitologię nordycką napisaną (na nowo? po raz kolejny?) przez Neila Gaimana i nie wahałam się długo. Zwłaszcza, że biegłości w posługiwaniu się północnymi opowieściami dowiódł już w historii o Oddzie i lodowych Olbrzymach, którą bardzo polubiliśmy. Postanowiłam nadrobić zaległości, bo o ile w ogólnych zarysach niby wiem i pamiętam, to w szczegóły tak na prawdę chyba nigdy się nie zagłębiałam. I tak wyciągnięta na majowej trawie i słonku, w rzeczywistości zupełnie innej niż dalekie mroźne krainy północy czytałam sobie.
Po jakimś czasie okazało się, że czytam również chłopakom, w zwłaszcza Bratu, który jak się dowiedział, co czytam, strasznie się zaciekawił. Przeczytaliśmy więc skąd Thor ma swój słynny młot i jak Odyn stracił oko. I jeszcze kilka historii. Nie przeszkadza mi, że zainteresowanie bierze się nie skądinąd, tylko z przygód Avengersów, których, jeśli sam jeszcze nie widział, to na pewno rozmawiał o nich w szkole i orientuje się lepiej ode mnie (która wszystkie części oglądałam, a jakże, a Loki na zawsze chyba będzie miał dla mnie twarz Toma Hiddlestona). Ważne, że pyta, że chce słuchać. Nie tylko o Thorze. Co było pierwsze, mity czy Avengersi, ogarnie z czasem.

Okazało się, że mitologia nordycka napisana przez Gaimana i przetłumaczona przez Paulinę Braiter jest książką, którą dobrze się czyta. Język jest współczesny i żywy, wygodny do czytania. A jednocześnie przenosi nas w tamten świat, ma swój nastrój i klimat. Tu pewnie zasłużone ukłony należą się także tłumaczce. Opowieści nie epatują ani okrucieństwem (choć nordyccy bogowie do grzecznych misiów nie należeli), ani innymi mitologicznymi uciechami nieodpowiednimi dla młodocianych. Właściwie nie trzeba jej cenzurować. 
I tak z książki dla mnie zrobiła się książka dla nas. Takie lubię najbardziej.




Neil Gaiman
Mitologia nordycka 
tłumaczyła Paulina Braiter
wyd. MAG 2017
oprawa twarda
tekst

wtorek, 20 grudnia 2016

Grudzień

Druga książka Marcina Szczygielskiego, którą miałam okazję i przyjemność niedawno przeczytać. Książka grudniowa. Książka, która ma swój finał, bardzo mocny finał, w konkretnym momencie Prawdziwej Historii. W grudniu 1981 r. 35 lat temu.

Ale zanim będzie grudzień, TEN grudzień, poznajemy Michała, który jest wychowankiem Domu Dziecka w Siemianowicach. Przynajmniej na początku tam. Poznajemy szczegółowy rozkład dnia takiego domu, typologię wychowanków i nauczycieli, kilka historii, które się Michałowi tam przytrafiły, kilka osób, z którymi się związał. Choć Michał nie lubi się wiązać, bo doświadczenie nauczyło go, że bardziej boli, gdy takie osoby znikają, a zawsze w końcu znikają. Lepiej nie ryzykować. Pierwsza część książki jest zatem opisem typowego, jak mniemam, "bidula" i niezbyt kolorowego życia dziecka nieco bardziej wrażliwego niż przeciętne. A potem jest inny Dom Dziecka. Nietypowy (wtedy, chciałabym wierzyć, że teraz już nie). Prowadzony przez otwartą osobę dbającą o coś więcej niż tyko podstawowe potrzeby wychowanków. Przykładającą wagę do ich uzdolnień, upodobań, możliwości. Druga część jest o budowaniu więzi, o przechodzeniu z indywidualności w zespół, o współpracy.

Ujęło mnie motto książki - słowa Emmy (wypowiadane oczywiście w mojej głowie głębokim głosem Zofii Rysiówny), którymi tłumaczyła Muminkom, czym jest teatr.  Bo jest to też książka o teatrze, jak sam tytuł wskazuje. Niebywale trafne motto, teatr dzieci z Domu Dziecka staje się dla nich rzeczywiście najważniejszą rzeczą na świecie, a innym ludziom pokazuje, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być - choć nie maja na to odwagi - i jakimi są.

Gdzieś w tle mimochodem toczy się Historia. Historia objawiająca się kolejkami, kartkami, schabem darowanym pani w urzędzie, szeptami, urywanymi rozmowami dorosłych, walizkami pełnymi papierów, transparentami i napisami na murach. Szczygielski opisuje ją słowami Michała jako tło wydarzeń, ale czytelnicy, którzy przecież "wiedzą więcej", odczytają wszystkie te symbole bezbłędnie. A na koniec Historia przestaje być tłem i dramatycznie wchodzi w życie bohaterów.

Dorośli w książce w pewnym momencie próbują wytłumaczyć Michałowi, a razem z nim czytelnikowi, o co chodzi w toczącej się Historii:
...trzeba walczyć o coś znacznie ważniejszego. O wolność. (...) Ludzie się zjednoczyli, a tego nie da się zatrzymać. 
Od tamtego grudnia minęło już 35 lat.

Teatr... postawiłam na półce Ważnych Książek obok dukajowego Wrońca. Przyjdzie kiedyś czas, że chłopaki też będą "wiedzieli więcej" i mam nadzieję, że ją przeczytają. I będziemy o niej rozmawiać.

Książka została nagrodzona w tym roku I miejscem w IV Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży, w kategorii wiekowej 10-14 lat.

Wydawnictwu dziękuję za książkę.






Teatr Niewidzialnych Dzieci
Marcin Szczygielski
wyd. Instytut Literacki Latarnik 2016
oprawa twarda
książka do czytania

niedziela, 23 października 2016

Zrozumieć komiks

A skoro o komiksach często ostatnio.
To było prawie cztery (!) lata temu. W poście po-targowym napisałam:
Fajne komiksy oglądałam. Niebanalne. Mąż mocno zaniepokoił się moim entuzjazmem, z jakim o nich mu opowiadałam...
I cóż mogę powiedzieć... Mąż słusznie się niepokoił, mój entuzjazm nie opadł, wciąż ma się dobrze. Zresztą stopniowo się chyba udzielił i jemu. Półka z komiksami coraz dłuższa. I to nie tylko u chłopaków, ale też ta parę półkowych pięter wyżej, z naszymi. Nie pamiętam, który był pierwszy. pamiętam, że na tamtych targach oglądałam Goliata (którego zresztą nie mamy, ale czasem oglądam go sobie u przyjaciół). Może Kot Rabina?

Z dzieciństwa pamiętam kolekcje komiksów kompletowanych z ostatnich stron Świata Młodych oraz przekonanie, że komiks, to nie literatura i w ogóle dla dzieci. Jakież było moje zdumienie, gdy mocno po ...hymhym...dziestce odkryłam fantastyczny zupełnie świat komiksów nie-tylko-dla-dzieci oraz  nie-dla-dzieci. Właściwie to książki obrazkowe dla dorosłych. Możliwość podziwiania często świetnego rysunku, a nierzadko i całkiem sporej porcji literatury czy wręcz wiedzy. Choć trzeba przyznać, że często do komiksów dla dorosłych dochodziłam przez komiksy dla dzieci (jak od Louisa do Kronik Jerozolimskich, Delisle'a), to teraz czasem zdarza się odwrotnie.  A jeszcze częściej zdarza się, że to, co kupuję SOBIE (i mężowi trochę) chłopaki i tak gdzieś tam wypatrzą i okazuje się, że kategoria nie-dla-dzieci wcale nie jest taka obszerna (noo, dobrze, dotyczy to komiksów, które pojawiają się u nas w domu, a nie wszystkich na całym świecie..).

W sumie to na szczęście odkrycie komiksów przyszło do mnie tak późno, bo do tego czasu zdążono napisać i narysować (!) (Scott McCloud), a nawet przetłumaczyć na polski (Michał Błażejczyk) rewelacyjną, w zasadzie naukową rozprawę pt. Zrozumieć komiks.


wtorek, 18 października 2016

Szklane miecze

Komiksy rządzą. 
O ile Stasiek nie połknął wciąż bakcyla czytania, to czytanie komiksów jest jakby poza kategorią. Komiksy czyta. Jest w stanie zasiąść nawet do Kronik Jerozolimskich. Bo komiks.
Brat za to wciąż jeszcze nie czyta, ale pasjami ogląda. Komiksy do oglądania nadają się jak mało co, więc też pasjami ogląda komiksy. Czasem jeszcze udaje mu się namówić tatę na czytanie i wtedy już pełnia szczęścia. Czytają i oglądają wszystko po kilka razy, wciąż na nowo. 
Ja też czytam komiksy. Te chłopaków i te "dorosłe". Przez autorów komiksów dla dzieci odkrywam komiksy dla starszych. I odwrotnie.
Poszukuję więc nowości i starości. Czasem coś mi wpada w oko. Najfajniej jest, jak uda znaleźć się coś, co podoba się nam wszystkim. Na różnych poziomach. Bo oczywiście bawią mnie Asteriksy, z nostalgia sięgam po Kleksa i Jonków, ale fajnie byłoby jednak coś nowego i atrakcyjnego.


środa, 25 maja 2016

Rozmowa o religii

Przeczytałam właśnie książkę, którą, choć ma w tytule "dla dzieci", powinni przeczytać przede wszyscy dorośli. Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, Tahara Ben Jelloum'a.
Pominę rozważania na tematy aktualne i trudne, z których wniosek, że powinni ją przeczytać wszyscy dorośli wypływa tym silniej. Dlatego sama po nią sięgnęłam. Żeby dowiedzieć się i usystematyzować już posiadaną wiedzę, mocno ogólną, jak się okazało. Autor w niezwykle prosty, klarowny sposób przedstawia główne założenia islamu, podstawowe fakty historyczne, wyjaśnia terminy, naświelta tło historyczne i polityczne. Wszystko, jeszcze raz powtórzę, w sposób jasny i prosty.

W połowie książka składa się z rozmowy autora z dzieckiem. Pierwsza wersja książki powstała pod wpływem pytań, jakie dziesięcioletnia córka pisarza zadawała mu po zamachach z 11 września. Kolejna, po zamachach 7 stycznia 2015 r. Autor odpowiada także na pytania dlaczego Europejczycy boją się islamu, jakie są najczęstsze stereotypy i błędy w postrzeganiu tej religii i ludzi ją wyznających. Stara się także wyjaśnić skąd one się biorą i że winni są nie tylko ludzie innych wyznań nie chcący zrozumieć islamu, ale przede wszystkim ci, którzy w imię tej religii, również tak na prawdę jej nie rozumiejąc (bądź nie chcąc zrozumieć), czynią zło i rzeczy straszne.
Drugą połowę książki stanowią teksty, które w ciągu kolejnych lat autor pisał dla zachodniej prasy.

Przede wszystkim jest to więc świetne kompendium wiedzy na temat. I tak jak piszę - dla każdego (co zresztą autor w tytule zaznacza).

Jednak powód dla którego uważam, że książkę tę powinni przeczytać dorośli - rodzice swoich dzieci, jest także inny. Jest to świetny przykład tego, jak można - jak powinno się - rozmawiać z dzieckiem o religii. Każdej religii. Naszej i nie-naszej. Każdej. Oczywiście, wymaga to od nas wysiłku i wiedzy. Czyli nic nowego w wychowywaniu dzieci.

A właśnie. Przez całą książkę autor głosi - za islamem zresztą - pochwałę poznania, wiedzy i nauki, kształcenia i wykształcenia, które w przeciwieństwie do ignorancji i arogancji jest tym czynnikiem, który pozwoliłby ludziom żyć w pokoju, wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu różnic, nie tylko religijnych.





Tahar Ben Jelloum
Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, 
tłumaczenie: Helena Sobieraj, Dorota Zańko 
wyd. Karakter 2015
oprawa miękka
książka bez obrazków
 

piątek, 29 kwietnia 2016

PF o HP


Akurat w Harrym Potterze to ja już grałem. I to wszystkie role. (...)
Grałem Harry'ego, Rona, Hermionę, Dumbledore'a, profesor McGonagall, Hagrida i całą resztę towarzystwa. W audiobooku. To była ciężka fizyczna robota, kilkaset godzin nagrań w studiu radiowym. Musiałem się solidnie napocić, żeby każda z tych postaci miała swój charakter, własną melodię, rozpoznawalny sposób mówienia. Po trzech tomach miałem dość i poprosiłem wydawcę o zmianę, więc czwarty tom nagrał Witold Zborowski. Zrobił to zresztą znakomicie, ale wydawnictwo i tak dostało furę listów od osób czytających uszami, że już się przyzwyczaili i nie chcą żadnych zmian, że musiałem wrócić. A trzeba panu wiedzieć, że w tym cyklu każdy kolejny tom jest grubszy od poprzedniego. Ostatni był cegłą wprost nie prawdopodobną - ponad tysiąc stron chyba. Ileż ja się z nim nasiedziałem zamknięty sam w klatce z mikrofonem, to tylko ja wiem. Męka. Mugolska męka, zero czarów.


Piotr Fronczewski w rozmowie z Marcinem Mastalerzem
Ja, Fronczewski, s.302
wyd. Znak  2015
oprawa twarda
książka bez obrazków

piątek, 31 lipca 2015

Vater und Sohn

Miałam to szczęście i przyjemność spędzić tydzień samodzielnych (bo nie samotnych bynajmniej) wakacji Nie Tu. Tylko moich własnych. Przyjemność w czystej postaci, Odpoczynek i Wakacje (mimo, że w zasadzie szkoła). Jednak, jak to bywa przy tego rodzaju wyjazdach, gro czasu spędziłam na poszukiwaniu prezentów dla Tych Którzy Zostali. Nie oszukujmy się, znaczna część z tych prezentów (może poza koszulką Bundes-reprezentacji) była również prezentem dla mnie samej (łącznie z koszulką z Yodą mówiącym po niemiecku) i zarówno ich wyszukiwanie, nabywanie, jak i obdarowywanie sprawiło mi dużo frajdy...

W ręce wpadła mi szalenie sympatyczna książeczka (nieznajomość języków nie zwalnia mnie z grzebania po księgarniach w żadnym razie), która bardzo mi się spodobała. Od razu znalazłam alibi: w ubiegłym roku szkolnym Stasiek rozpoczął naukę języka niemieckiego, który strasznie mu się podoba, postanowiłam więc nabyć coś z kręgu kultury niemieckiej. Na początek może coś o tytule, który łatwo mu będzie przeczytać i zrozumieć i ...tylko tytule, bo poza tym to komiks, bez słów. Vater und Sohn. W zasadzie to nawet nie komiks, a zbiór historyjek obrazkowych.


niedziela, 10 maja 2015

Praktyczny poradnik młodego projektanta

Wywiady w polskimi projektantami graficznymi.

Nie jest to gruba książka. Wystarczy jedna herbata w dużym kubku i dzieci na podwórku. I już po. Nie ma ona ciężaru i objętości książki Jak ktoś mógł na to pozwolić!, która nasuwa się naturalnym skojarzeniem jako książka z wywiadami z twórcami i ilustratorami. Ale też ma być czymś zupełnie innym. 

niedziela, 25 maja 2014

Komiks dla dorosłych

To jest post na życzenie mojego męża. Mieliśmy razem napisać list do wydawnictwa, ale tempus fugit, emocje opadają, a z tą formą jakoś zdecydowanie mi bardziej po drodze. Choć może nie do końca związane to będzie z tym, co poleca Stasiek, ale nie bądźmy sztywniakami formy i konwenansów.

Otóż kupiłam komiks. Mężowi memu kupiłam, bo sobie pomyślałam, że historią się interesuje wszak i tematy pokrewne lubi, komiksem nie gardzi, to kupię MU. To przydługie alibi. Bardzo spodobały mi się rysunki.
Najlepsi wrogowie. Historia relacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi  Bliskim Wschodem. Część pierwsza 1783-1953. Jean Pierre Filiu & David B.


sobota, 10 maja 2014

Komiksy 2

Było o tym, że komiksy czasem wychyną znienacka. Tak na mnie wychynął Leonard.  W taniej książce, za jakieś naprawdę grosze, a jaki fajny się okazał.


środa, 7 maja 2014

Paryż vs. Londyn

... A ja bym chciał do Japonii...
... A ja bym chciał do Parku Jordana...
... A ja bym chciał do Londynu...
... A ja bym chciał do Paryża...
... A ja bym chciała do Jičina...
... A ja bym chciał w góry...

niedziela, 2 marca 2014

In memoriam

Odnaleziona przy okazji remontu i przemeblowań (mają więc swoje dobre strony). Moja ulubiona Pani Twardowska. Jeden z tych obrazów zapisanych na twardym dysku od wczesnego dzieciństwa. To z niej potem uczyłam się "na pamięć" w szkole. 
Teraz odnaleziona z radością, nostalgią, smutkiem po Wiadomości.
In memoriam Janusz Stanny (1932-2014).


sobota, 22 lutego 2014

Nie tylko o trollach

Mniej więcej rok temu wciągnął mnie w swoje krzaki Baśniobór.
Widać zimowa aura styczniowa i podświadoma potrzeba odseparowania się od blue monday'a i jemu podobnych sprawia, że chętnie zanurzam się w baśniowe krainy i klimaty. W tym roku też czegoś podobnego mi brakowało, aż trafiłam nad morze. Morze trolli.
I tak płynnie łącząc role matki, żony i pracownika miesiąca niepostrzeżenie przebyłam w trzech tomach krainę trolli - Jotunheim, elfów i morskich ludzi, nie mówiąc o dłuższych popasach na gościnnej ziemi Sasów i może nieco mniej gościnnej, ale chyba ciekawszej ziemi Ludzi Północy.


niedziela, 21 kwietnia 2013

W co się ubrać?

Problem ten miewam w naszym domu chyba tylko ja. Chłopaki nie. Chyba, że bluza z Batmanem/dinozaurem/czaszką/rekinem/Zygzakiem/potworem* jest właśnie w praniu, a oni właśnie potrzebują na gwałt i koniecznie, teraz zaraz właśnie TEJ bluzy z Batmanem/dinozaurem/czaszką/rekinem/Zygzakiem/potworem.* W takich sytuacjach zupełnie nie będzie pomocna ta książka (ani żadna inna zapewne), ale jak rozczarowanie już minie można sobie ją pooglądać. 
Albo, żeby wymyślić za co by tu się przebrać.
Albo, żeby sprawdzić, jak wyglądał Hoplita, a jak Legionista. Albo czy tylko Szkoci chodzą w spódniczkach. Albo jak wyglądał cesarz Hirohito, a jak cesarzowa Irena. Albo jakie mogą być buty. A jakie kapelusze. 

Do tego wszystkiego może się przydać księga kostiumów (ubiorów ewentualnie). Duża. Bardzo duża. Ogromna wręcz. The Colossal Book of Costumes. Po raz kolejny Joëlle Jolivet.

*Niepotrzebne skreślić. 


czwartek, 21 marca 2013

Na wiosnę

Pierwszy dzień rzekomej wiosny. Od kilku dni jak najbardziej rozumiem Kinga Shabazz'a, który nie wierzył w wiosnę. Też słabo wierzę. Śnieg jeszcze zalega tu i ówdzie, a szare niskie chmury dziś sugerowały, że ten brudny na trawnikach nie jest ostatnim w tym sezonie. Jednak wiosna chyba nadchodzi. Pierzenie wiosenne trwa. Mewy mają już wyraźne, letnie (!) upierzenie.


środa, 6 lutego 2013

Dziwna Pippi

Zaczęło się od niedzielnego teatrzyku o Pippi. Fajnie było, chociaż o bohaterce wiedzieliśmy niewiele - ja, a Stasiek pewnie jeszcze mniej.

piątek, 21 grudnia 2012

Bardzo ładna książka o Bożym Narodzeniu

W zasadzie tytuł mógłby robić za cały opis. Bo właśnie tym jest książka Bóg się rodzi Macieja Krupy i Kuby Szpilki - bardzo ładną książką o Bożym Narodzeniu. Za ładność w dużej mierze odpowiada Józef Wilkoń, ilustrator doskonały jeśli chodzi o oddanie mroźnej zimy (i zmarzniętych zwierzątek), zanurzonych w śniegu lasów, domków i chatek, oświetlonych kolorowymi światełkami miast, nocy. Ale nie tylko, bo opracowanie graficzne też na medal - dużo miejsca, żadnych przymałych marginesów, tłoku, staranne rozplanowanie każdej strony... spokój tchnie z tej książki nie tylko za sprawą nastroju treści i ilustracji.
O kilku pojęciach, bez których Święta nie mogą się obejść.

czwartek, 20 grudnia 2012

Piernikowe miasto.

Pieczenie pierników, czytanie o piernikach i - a jakże - pisanie o piernikach przypomniało mi o jeszcze jednej książce. To moja "książka domowa", która zawsze była w moim domu rodzinnym na wyposażeniu jakby, pod ręką, choć nigdy nie należała do lektur codziennego użytku. Wyciągana gdy potrzebna była do odrabiania lekcji "z legend", z czasem stała się także lekturą dla przyjemności. Zwykle przekładana przy szukaniu czegoś innego dziwnie przyciągała, co kończyło się porzuceniem poszukiwań i podczytywaniu, choć przez chwilę. Z czasem nauczyłam się doceniać czarno-białe grafiki Wiesława Majchrzaka, które ją zdobią. Polubiłam jeszcze bardziej. Ostatnio przewiozłam ją na drugi koniec Polski, żeby mieć w domu kawałek domu i piernikowych korzeni.
Piernikowe miasto Franciszka Fenikowskiego.